Woźnica

opowiadanie fantasy
Artwork by thegirlfairytalesforgot

                      O tej porze na trakcie prowadzącym do Farendale panowała względna cisza. Słychać było jedynie odgłosy prowadzących nocny tryb życia, mieszkańców otaczającego go lasu. Koncertujące cykady i wtórujący im puchacz nie były niczym niezwykłym i harmonijnie wpasowywały się w rytm nadawany przez szeleszczące na wietrze liście. Nie zaburzało go nawet wycie starego wilka, pojawiające się w zdawałoby się zaplanowanym momencie. Co innego stukot kopyt i skrzypienie kół naznaczonego przez czas wozu – te w środku nocy zdarzały się tu niezwykle rzadko. Do miasta w zależności od tępa było jeszcze około dwie godziny ciągłej jazdy, a bramy do świtu i tak pozostawały zamknięte. Wieśniacy z okolicznych wiosek przed wschodem słońca na trakt nie wyruszali, gdyż jak mówili “to niebezpieczne, nierozsądne, a poza tym i tak gówno widać!” Nie robili tego też przybywający z daleka kupcy, korzystając z mijanych po drodze zajazdów, a ostatni z nich “Pod Zerwanym Kucem” wóz powinien minąć trzy godziny temu.

                Poza stępem koni i nieznośnym skrzypieniem wprawne ucho wychwyciłoby coś jeszcze. Wesoła melodia nucona cichuteńko przez przygarbioną postać siedzącą na przedzie, która nawet nie zadawała sobie trudu trzymania lejc, dopełniała ten groteskowy widok.

***

                Torena zwykle budzili jego nierozłączni towarzysze – palące pragnienie i silny ból głowy. Tak było i tym razem. “Byle nie za szybko” – pomyślał i powoli zwlókł się z kanapy. Otępiałym wzrokiem zaczął z nadzieją szukać butelki. Pusta. Jak zwykle. Nigdy nie pozwalał żeby coś się zmarnowało, ale i tak zawsze liczył na chociażby jeden łyk przynoszący ukojenie. Wychylił się przez okno – już prawie południe. Cholera! Rust i Bane będą wściekli jak zobaczą go w takim stanie. Niech ich ogień pochłonie! Przynajmniej Betsy pozwoliła mu przenocować dzięki czemu jest w miarę czysty i nie cuchnie ulicą. Układ ze słodką Betsy był prosty – ona pozwalała mu przenocować  co kilka dni i dawała pieniądze na alkohol gdy był bez grosza, on dokładał jej do czynszu gdy chorowała i nie była w stanie sprzedawać się na ulicy. Dodatkowo od czasu do czasu zajmował się stwarzającymi problemy klientami, co potrafiła docenić oddając mu się za darmo. Ha! Kochana Betsy… ostatnia osoba która nie miała go dosyć. Przypiął pas i przejrzał się w lustrze.

– Tak Toren, wyglądasz gównianie jak zwykle – lubił czasem posłuchać swojego przepitego głosu. Nie golił się od tygodnia, a jego przydługie, zakrywające znaczną część ogorzałej twarzy włosy były tłuste i lepkie – Musisz być piękny za nas dwóch – spojrzał na przypięty do pasa oręż. Krótki miecz z czasów gdy był strażnikiem miejskim wyglądał jak nowy. Czyszcząc go zawsze myślał o tym, że przynajmniej tą jedną rzecz w życiu robi jak należy. “Możesz to zmienić.” Tak! To ten dzień! Dziś zacznie naprawiać swoje życie, przestanie pić, albo chociaż zrobi coś dobrego dla innych… Nie Toren, kogo Ty oszukujesz, od dwudziestu lat jesteś zapitym, żałosnym nieudacznikiem. Straciłeś rodzinę, dom, pracę. Przepiłeś nawet dziecięce buty, ale twierdzisz że dziś zrobisz coś dobrego? Ha! Planujesz rzucić się na ten miecz i skończyć swój marny żywot? Ty naiwny sukinsynu… Rozmyślania przerwało mu głośne dobijanie się do drzwi.

– Rusz dupę Toren! Wiemy, że tam jesteś! – Rust był jak zawsze niezwykle elokwentny. Słychać było też sapanie i ociężałe kroki Bane’a który toczył nierówną walkę ze schodami.

– Idę! Ekhm…ekh…ukh… –  palące gardło zawiodło i rozkaszlał się na dobre. Splunął flegmą i poszedł otworzyć  drzwi, które mocno uginały się pod naporem wielkich pięści Rusta, który walił w nie zajadle, co jego prosty umysł uważał za pukanie.

– Jak dobrze widzieć Twoją wstrętną zapitą gębę. Już zaczynaliśmy się zastanawiać czy o nas nie zapomniałeś? – Szyderczy uśmiech zdobił kwadratową szczękę olbrzyma. Razem z Banem który właśnie kończył wspinaczkę tworzyli prawie trzystukilową, dwuosobową armię. Armię zbirów, którą zarządzał Rust, chociaż wątpliwe czy potrafiłby zarządzać trzodą prosiaków. Co i tak przewyższało umiejętności Bane’a, który ledwo zarządzał samym sobą.

“Jak nisko upadłem, że skończyłem jako popychadło tej dwójki?” – Taaa Ciebie również. Po co fatygowałeś Bane’a na górę? Przecież jestem w formie zgodnie z umową. – Żeby utrzymać kontakt wzrokowy, Toren musiał trzymać głowę mocno zadartą do góry i już zaczynało mu się w niej kręcić. Spuścił wzrok na dłonie. Dobrze, na razie się nie trzęsą. Jak będzie miał szczęście wytrzyma do wieczora.

– Do niczego go nie zmuszałem. Nasz przyjaciel wprost sam nie mógł się powstrzymać, żeby do Ciebie zaglądnąć. – Okrągła, zaczerwieniona z wysiłku twarz Bane’a była niepocieszona. Pewnie liczył, że Toren będzie zalany i Rust każe mu go doprowadzić do porządku, albo wręcz pozwoli ukarać, a Bane tak bardzo lubił znęcać się nad słabszymi. Przeszło dwumetrowy grubas obrócił się na pięcie i trzymając barierki powoli zaczął schodzić z powrotem. Mimo wielkiej tuszy i pozornej nieporadności Bane znany był w Farendale ze swojej ogromnej siły, porywczości i niskiej inteligencji, co było bardzo niebezpiecznym połączeniem.  Długa, gęsta broda i pokryta bliznami czaszka tylko wzmagały chęć odwrócenia wzroku i zejścia mu z drogi. Jednak prawdziwe zagrożenie w tym tandemie stanowił Rust. Był jeszcze wyższy, prawie równie ciężki, a jego budowa choć masywna składała się głównie z mięśni. Poza tym uważał się za przywódcę “Bandytów z Farendale”, choć tak po prawdzie poza Bane’m byli to miejscowi menele i dzieciaki które nie wiedziały co zrobić z wolnym czasem. Toren wiedział, że prawdziwi przestępcy z takimi jak Rust się nie zadają, a jeśli to jedynie po to żeby się nimi posłużyć.  On również nie chciał mieć z nim nic wspólnego, ale musiał odpracować dług, który rzekomo zaciągnął w jedną z tych nocy, z których niewiele pamiętał. Wiedział, że to nieprawda, ale nie miało to znaczenia. Takich jak on nikt nie słuchał, a gdyby sprzeciwił się Rustowi mógł przypłacić to swoim marnym życiem. Nie tylko jego wielkolud wykorzystywał w ten sposób. To trzeba było mu oddać, potrafił znaleźć sobie ofiarę. Prześladował wszystkich, których losem nikt się nie interesował; ściągał haracze głownie ze starszych i samotnych osób,  wysługiwał się sierotami, a w razie wpadki przy jakimś napadzie lub kradzieży zawsze znajdował sobie jakiegoś zapijaczonego żebraka, zadłużonego hazardzistę albo innego desperata, który w zamian za łapówkę lub zwyczajnie ze strachu godził się z rolą kozła ofiarnego. Obecnie kimś takim miał być Toren. 

– Dobra miejmy to już za sobą. Gdzie reszta? – Zawsze denerwował się przed akcją, szczególnie w takie dni jak dzisiaj, gdy nie zdążył walnąć porannego klina. – Kiedy i gdzie…

– Zawrzyj mordę! Nie tutaj! Poza tym to ja tu jestem od zadawania pytań! Idziemy zanim zmienię zdanie co do Twojej przydatności. – Rust poczerwieniał z wściekłości, zacisnął pięści, a jego ręce i grubą szyję pokryły pulsujące żyły. Toren natychmiast zamknął za sobą drzwi i ruszył pospiesznie w stronę schodów. Lepiej było zaryzykować kaca, niż sprawdzać cierpliwość olbrzyma.

***

– Wyłaź zza krzaków Kanitan! Czego za mną leziesz! Mówiłem Ci, że to nie zabawa dla dzieci. Jesteś za mały, żeby z nami iść.

– Wcale nie jestem mały. Mam już dziesięś lat! Poza tym jestem szybki i umiem robić salto! – Rozczochrany, blond włosy chłopiec zgrabnie przeskoczył przez krzaki i zaprezentował nienagannego fikołka. 

– Nie mówi się dziesięś tylko dziesięć tumanie. Dzisiaj i tak nic ciekawego nie będzie się działo. Będziemy omawiać strategię, ustalać co i jak i takie tam… – starszy z chłopaków machnął ręką i wywrócił oczami.

– Kłamiesz! – Uśmiech nie schodził z twarzy malca. – Słyszałem jak próbowałeś przekonać Darena i Elene. Mówiłeś, że dziś będzie napad z prawdziwego zdarzenia, ale Cię olali. Podobnie jak chłopaki z bidula.

– Co?!  Wcale tak nie… przestań za mną wszędzie łazić!

– Nazwali Cię frajerem. – Kanitan szczerzył zęby coraz bardziej.

– Zamknij się! Wracaj do domu i pomóż mamie, albo zajmij się czymś pożytecznym.

– No właśnie to robię. Jestem jak Isys – Książe Złodziei! Zdobędę fortunę i będę pomagał potrzebującym, szczególnie mamie.

– To tylko bajka dla dzieciaków, poza tym według opowieści nikt nigdy nie widział Isys i równie dobrze może być dziewczyną. Mówię Ci jesteś za mały, żeby iść.

– Jesteś tylko cztery lata starszy, a Isys na pewno jest chłopakiem! Już prawie umiem walczyć tak jak on! – Chłopiec podniósł kij i zaczął nim energicznie machać we wszystkie strony, wydając przy tym groźne okrzyki.

– Dobra, już dobra. Możesz iść ze mną, ale pod warunkiem, że będziesz się mnie słuchał i o niczym nie powiesz mamie. Zgoda? – Starszy z braci wyciągnął otwartą dłoń do przodu.

– JUHU! Zgoda! – Malec chciał uścisnąć rękę brata, ale tamten szybko ją podniósł i zmierzwił mu włosy. Na twarzy obydwu uśmiech zagościł na dobre i razem ruszyli w dalszą drogę przez las.

***

                Toren siedział wygodnie w cieniu pod drzewem z kłosem zboża między zębami. Czuł się jak wyschnięty owoc i zaczynał dostawać drgawek. – “Jeszcze trochę” – pomyślał. – “Załatwimy co trzeba i będzie można się spokojnie napić.” – Mimo długu do odrobienia Rust zawsze wypłacał mu część działki, żeby starczyło mu na alkohol i coś do jedzenia do następnego razu kiedy będzie go potrzebował.

– Keran powinien być tu lada moment. – Rust stał z założonymi rękami i powoli zaczynał się niecierpliwić. – Ma załatwić wsparcie, dwie-trzy osoby, żeby gładko poszło. O, idzie. W samą porę. – Szczupły, krótko ścięty młodzieniec w znoszonym ubraniu wyszedł z lasu po drugiej stronie polany, na której czekali przy jej południowym skraju, skryci w cieniu drzew. Bane siedział na pniu powalonej sosny i dłubał w nosie, kompletnie nie zwracając uwagi na słowa swojego przywódcy. – Zaraz, zaraz…wydaje mi się czy on lezie sam!? – Olbrzym sięgnął do swojego bogatego repertuaru przekleństw i przez kolejne dwie minuty wykrzykiwał co myśli o chłopaku i co z nim zaraz zrobi. Torenowi było szkoda Kerana, bo go znał i lubił, i o ile wiedział, że teraz Rust go nie skrzywdzi, to sam fakt, że młody się z nim zadawał nie wróżył niczego dobrego.

        Wielkolud był już lekko zasapany swoim monologiem kiedy Keran dotarł na miejsce. – Gdzie…Moje…Wsparcie…które miałeś podobno bez problemu sam załatwić Ty ku…

– Za wami… – chłopak wcale nie był pewny siebie. Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku, a Toren odwracając głowę prawie wybił sobie oko o kij, który miał do niej przystawiony. Od razu rozpoznał tą roześmianą buźkę. “Ale te dzieciaki szybko rosną…. a ja się starzeje skoro dałem się tak łatwo podejść.”

– Przyprowadziłeś nam swojego pięcioletniego, niedorozwiniętego braciszka?! Mamy go zjeść, czy wytrzeć sobie o niego buty? A może mam was obu wypatroszyć dla zabawy? – Rust wyjął wielki półmetrowy nóż i wyszczerzył zęby. Starszy z braci pobladł i zamarł w bezruchu.

– Daj spokój szefie, nie strasz dzieciaka, bo się nam zesra i wtedy nici z jakiejkolwiek zasadzki. – Toren chciał załagodzić sytuację.

– Zostaw go Ty śmierdzący trollu! – Teraz to były strażnik miejski skamieniał w bezruchu. Nikt nie zwracał się tak do przywódcy “Bandytów z Farendale”, a już na pewno nikt tego nie przeżył. Kanitan jednak jakby nic sobie z tego nie robił, że ledwie sięgał olbrzymowi do pasa. – Mam już dziesięś lat i nie pozwolę Ci go skrzywdzić. To mój brat, a ja jestem Isys!

Śmiech jakim w tym momencie wybuchnął wielki zbir niósł się po lesie na wiele kilometrów.

– Ha chłopcze dawno się tak nie uśmiałem! I naprawdę imponuję mi Twoja odwaga, mógłbyś nią spokojnie obdzielić tych obsrańców…ale widzisz muszę Cię nauczyć szacunku do starszych. – Rust schował nóż i powoli zaczął iść w kierunku dzieciaka. – Poza tym nie mógłbym sobie odmówić okazji do sprawdzenia się z samym Isys. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Sze…szefie… – Toren szukał odpowiednich słów, ale strach go paraliżował.

– I tak by się nam do niczego nie przydał. Uważaj żebym nie zmienił zdania co do Ciebie. – Pijaczyna nie był w stanie nawet przełknąć  śliny i jedynie spuścił głowę. Kanitan stanął mocno na lekko ugiętych nogach i zacisnął obie ręce na kiju, którym mierzył w stronę ogromnego bandziora. Wszystkiemu  z głupkowatą miną przyglądał się Bane, wyraźnie uradowany jak dziecko oglądające teatrzyk kukiełkowy.

– Poczekaj! – Keran chwycił olbrzyma za nadgarstek, chociaż nie był go w stanie nawet w połowie objąć swoimi chudymi palcami. Rust obrócił głowę w jego stronę i spojrzał na niego jak na natrętną muchę. – Proszę… i przepraszam za niego…i za siebie, że nikogo innego nie załatwiłem. A Kanitan naprawdę może się nam przydać, na przykład do zwiadu, albo żeby stanąć na czatach. Widziałeś jak podszedł Torena.  Jest mały i szybki i… – wielkolud nie wyglądał nawet na odrobinę przekonanego, jakby tylko czekał, aż robal przestanie bzyczeć i wyląduje, żeby mógł go zmiażdżyć. – …i odpracuję to dla Ciebie. – Tym razem chłopak uderzył w dobrą strunę. Widząc błysk w oku olbrzyma kontynuował. – Przez rok biorę wszystkie Twoje zlecenia i oddaje Ci trzecią część swojego zysku.

– Pięć lat i to oboje. Dwie-trzecie dla mnie. – Rust uwielbiał negocjacje, w których i tak zawsze wychodził na swoje.

– Trzy lata, po połowie, ale bez młodego. I tak już wystarczająco namieszał! – Keran chciał wyglądać na wściekłego na brata, ale w głębi serca był z niego dumny i pełen podziwu dla jego odwagi, pomimo tego, że zachował się jak ostatni kretyn.

– Cztery!

– Zgoda! – Obaj splunęli w swoją prawą dłoń i podali sobie ręce. Chłopak poczuł ogromną ulgę chociaż wiedział, że przez długi czas będzie na łasce bandziora.

– Czy możemy wreszcie komuś wpierdolić? – Bane jak zwykle bezpośrednio komunikował swoje potrzeby.

– Jeszcze chwila przyjacielu i będziesz mógł się wykazać. Posłuchajcie jakie atrakcje wasz przywódca zaplanował dla was na dziś wieczór.

***

                Plan był prosty, ale i tak zbyt skomplikowany, żeby taki bystrzak jak Rust sam go opracował. Toren pamiętał jak całkiem podobną historią jakiś czas temu przechwalała się grupa zbirów, która przejazdem zatrzymała sie w Farendale u “Jednookiego Sama”.  To najgorsza speluna w całym mieście, ale zapewniająca pełną dyskrecje wszelakiej maści bandziorom, bo żaden ceniący swoje życie mieszkaniec miasta się tam nie zapuszczał. Szerokim łukiem omijała to miejsce również straż miejska, która jako instytucja była skorumpowana – dowódcy otrzymywali niezłe pieniądze, żeby trzymać się z daleka od całej dzielnicy Błotnistej, a “ulicznikom” – jak często ich nazywano – było na rękę nie mieszać się w zatargi tutejszych zbirów. Płaca marna, a ryzyko zbyt duże. Dzielnice i tak zamieszkiwali najbiedniejsi i najmniej znaczący mieszkańcy, więc lepiej było pewnych rzeczy nie widzieć.  Miejsce było natomiast rajem dla ludzi pokroju Rusta i Bane’a. To tu Toren ich poznał, kiedy już sięgnął dna. Tu również mieli szczęście usłyszeć plan, który teraz po niewielkich modyfikacjach olbrzym zaprezentował im jako swój. Celem miał być “spóźnialski” wóz jadący do Farendale. Po pierwsze dawało to niemal pewność, że nikt nie zakłóci napadu, bo rzadko kiedy ktoś przyjeżdżał do miasta w godzinach wieczornych, a wyjeżdżających z miasta na noc nie było w zasadzie nigdy. Po drugie pora zwiększała szansę, że trafi się kupiec jadący z daleka, a nie prosty chłop z dostawą żywności. W końcu gdyby coś poszło nie tak, mieli całą noc żeby posprzątać bałagan. Kanitan kompletnie nie rozumiał, dlaczego mieli by sprzątać czyjś wóz po tym jak go okradną, ale nie dopytywał, bo nienawidził sprzątania. Isys w opowieściach nigdy tego nie robił i jego też nikt nie zmusi. Toren wiedział, że plan miał też słabe strony, ale wolał się nie narażać i zostawił to dla siebie. Były nimi z resztą pochodne jego zalet; mogli siedzieć w lesie tygodniami zanim trafi się wieczorny transport, a bogaci kupcy mieli osobistych ochroniarzy lub zatrudniali najemników, z którymi ich banda mogła nie dać sobie rady. Ostatecznie nawet trafiając okazję musieli zadbać o to, żeby ofiara była na tyle wystraszona, że nie będzie szukać ani zemsty, ani sprawiedliwości. To ostatnie nie udało się właśnie ich poprzednikom, przez co musieli uciekać z miasta, bo okazało się że napadli syna bogatego i wpływowego barona. Podobno jednak na tyle bogatego, że było warto.

                Wszystko wskazywało jednak na to, że poszczęści im się już pierwszego dnia. Kanitan właśnie przybiegł na miejsce zasadzki, którą urządzili niecałą godzinę drogi od miasta.

 Jedzie! Samotny wóz, bez obstawy. – zameldował.

– Ha wiedziałem! – oczy Rusta błyszczały na samą myśl o potencjalnym łupie. – Wszyscy na stanowiska!

Dwóch wielkich zbirów przyczaiło się w zaroślach po obu stronach traktu. Toren pomyślał, że przypominają bardziej  niedźwiedzia grizli i dzikiego odyńca niż zwykłych rabusiów, ale spotkanie z tym duetem było co najmniej równie niebezpieczne. Były ulicznik i Keran zaszyli się kilka metrów dalej by odciąć ewentualną drogę ucieczki, chociaż manewrowanie wozem na leśnym trakcie i tak samo w sobie było ciężkim wyzwaniem. Jeszcze dalej na upatrzoną wcześniej wysoką gałąź, z której był doskonały widok na ten odcinek drogi wspiął się młodszy z braci i obserwował okolicę na wypadek nieproszonych gości.

                Stukot kopyt, skrzypienie kół i wesoła melodia zwiastowały zbliżający się powóz. Na przedzie siedziała przygarbiona postać. Jednak nie była sama, ze środka zadaszonego wozu słychać było delikatny kobiecy śpiew. Rust dał znak i obaj z Banem wyskoczyli z zarośli zagradzając przejazd. Będący starszym mężczyzną woźnica odruchowo spojrzał przez ramię – tam zobaczył kolejnych dwóch zbirów.

 – Nawet o tym nie myśl dziadku. – Ogromny przywódca jak zwykle przyozdobił swoją kwadratową szczękę szyderczym uśmiechem. – Wszyscy z wozu!

– Proszę! Nie jesteśmy kupcami. Mamy tylko kilka staroci na sprzedaż. – Starzec był wystraszony.

– Toren!? – Były strażnik zajrzał do środka wozu.

– Mamy tu ćwierkającą parkę szefie. – Oprócz dziewczyny był tam jeszcze podobny do niej młodzieniec – “pewnie rodzeństwo” –  pomyślał. – Poza tym faktycznie kilka starych rupieci. Nie dość żeby się specjalnie fatygować do miasta. Za to sporo wolnego miejsca na zapasy i dwie pary dodatkowych rąk mogących pomóc przy załadunku. Myślę że zapomniał nam wspomnieć o brzęczącej sakiewce bądź kuferku pełnym tego co nas interesuje.  – Doświadczenie nabyte w straży przy bramie na coś się przydały. Były ulicznik był z siebie bardzo zadowolony.

– No, no! Jestem pod wrażeniem. Jednak miałem nosa co do Twojej pijackiej gęby. Ha! – Komplementy od Rusta były prawdziwą rzadkością. “Może zasłużę na premię.”

– Hihihrrr – Śmiech Bane’a brzmiał ja połączenie kwiku i chrumkania i pasował do jego aparycji wieprza.

 Panowie, my naprawdę… – woźnica wstał z uniesionymi rękami.

 Łże jak pies. – Myśl o dodatkowych pieniądzach dodała Torenowi animuszu.

– Z wozu! Trzeci raz nie powtórzę! – Olbrzym dobył swojego noża, który robił równie upiorne wrażenie jak on sam. Również grubas z uśmiechem uderzył wymownie kilka razy swoją odbarwioną od krwi pałką w wolną dłoń. W rękach kogoś innego przypominała by bardziej maczugę, ale w jego łapskach leżała idealnie i wydawała się lekka jak patyk. Tak dawno nikogo nie skrzywdził, że wprost nie mógł się doczekać sprzeciwu. Były strażnik także mierzył wyciągniętym ostrzem w stronę pary siedzącej w środku i lekkim ruchem miecza i głowy wskazał by wysiedli. Keran stał w skupieniu ze skrzyżowanymi rękami, w każdej trzymał krótki nóż. Niespecjalnie potrafił nimi walczyć, ale rzucał doskonale – trafianie nożem z dużej odległości w różne rzeczy było jego ulubioną rozrywką odkąd pamiętał. Młodzi posłusznie zeszli z wozu i dali poprowadzić się ku frontowi, gdzie powoli gramolił się z niego także starzec.

– Gdzie pieniądze? – Górujący nad wszystkimi wielkolud nachylił się nad stojącymi w rzędzie, wystraszonymi podróżnikami. Wozak przełknął głośno ślinę, a po twarzy dziewczyny spłynęły łzy. Chłopak ścisnął siostrze dłoń, by dodać jej otuchy. Rust przyłożył ostrze do szyi starca.

 Na… naprawdę… mości panowie…nie mamy nic więcej.

– Młody sprawdź wóz. Toren przeszukaj tych dwoje. Jeśli ktoś z nas coś znajdzie możesz użyć pałki wedle uznania. – Ostatnie słowa były rzecz jasna skierowane do Bane’a. Nieprzypadkowo tylko imię byłego strażnika padało w czasie całego napadu. Gdyby coś poszło nie tak miał wziąć całą winę na siebie. Patrząc jednak na tą trójkę uważał, że nie było się czego bać – braku zarobku co najwyżej. Raczej wątpliwe by ryzykowali zemstę pokładając wiarę w skuteczność i sprawiedliwość straży miejskiej. Po wydaniu rozkazów olbrzym sam wziął się za przeszukiwanie staruszka. – Zaraz zobaczymy dziadku czy faktycznie mówisz prawdę, czy może nasz moczymorda ma lepszego nosa niż się zdaje. – Inspekcja w wykonaniu wielkiego łotra bardziej przypominała szarpanie i oklepywanie, ale woźnica się nie uskarżał. Były ulicznik skrupulatnie sprawdził młodszego z mężczyzn. W między czasie z wozu dochodziły odgłosy przekleństw i przewracanych przedmiotów.

– Przystojniaczek czysty. – Pijaczyna prowokacyjnie spojrzał na chłopaka.

– Dziadzia też. – Rust poklepał starca po twarzy. Jak na sygnał wszystkie oczy spojrzały na dziewczynę. Toren stanął przed nią, a gdy ich spojrzenia się spotkały już wiedział. Widział jak zmroziła swą twarz i ciało by niczego nie zdradzić i dodać sobie wiarygodności. Wyczuwał jej podniesione tętno i niemal słyszał jak wali jej serce.  Była ubrana w białą wiązaną koszulę, obcisłe skórzane spodnie i wysokie buty co znacznie ułatwiało przeszukanie, gdyż nie wymagało gmerania pod falbaniastą suknią i cała resztą babskich fatałaszków. Chociaż w tym wypadku były strażnik nie miałby nic przeciwko, żeby sobie pogmerać, bo dziewczę było pięknej urody. Sprawdził górę poświęcając więcej czasu niż potrzebował jędrnym piersiom, powoli i bardzo dokładnie zaczął schodzić w dół. Młodszy z jej kompanów zaciskał zęby i pięści i z nienawiścią patrzył w jego stronę. Starszy spojrzenie miał mętne, smutne i zrezygnowane. Sprawdzając lewe udo kobiety Toren wyczuł stwardnienie pod palcami.

– Wyjmij – rozkazał stanowczo. Łzy zaczęły spływać mocniej po jej twarzy, ale wykonała polecenie. Wsadziła rękę w spodnie i wyjęła małe zawiniątko.

– Błagam to wszystko co mamy… – prosiła podając je ulicznikowi.

– Trafiłaś pod zły adres dziecino, my… fiiifiuu – zagwizdał nie kończąc zdania, bo jego oczom ukazał się sporej wielkości rubin. Uniósł go wyżej i przywódca bandy wydał z siebie okrzyk radości. Niewzruszony sukcesem był natomiast Bane, który brał właśnie zamach swoją pałką w stronę zdezorientowanego chłopaka.

– Co Ty kurwa robisz! – Toren lekko wskoczył między nich, ale na tyle by zdołać się w razie czego uchylić.

– Miałem użyć pały jeśli coś znajdziemy – oznajmił jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.

– I nie pomyślałeś, żeby uderzyć go trzonkiem w brzuch, albo wycelować w kolano?!  Nie! Ty bierzesz zamach tą swoją maczugą i ładujesz prosto w łeb!

– Szef powiedział “wedle uznania”. – Wielki grubas nie widział problemu.

– A jak myślisz, co z niego po tym zostanie poza krwawą papką do posprzątania? – Próbował dotrzeć  do resztek jego rozumu, ale ciężko odwoływać się do czegoś, czego nigdy nie było. Wzrok wielkiego bandziora pozostawał nieprzenikniony. Emerytowany strażnik spojrzał jeszcze w stronę Rusta szukając ratunku, ale ten wzruszył tylko ramionami. Nigdy nie stawał przeciwko Bane’owi w takich sytuacjach, bo jak mówił “chcesz mieć groźnego i wiernego psa, to musisz pozwolić mu się nażreć mięsa”.  Zrezygnowany Toren pokręcił głową i odsunął się na bezpieczną odległość. Tłuścioch już szykował się do kolejnego zamachu, ale tym razem uprzedziła go dziewczyna.

– Nieeeee! Proszę! Nie krzywdź go! Ukaż mnie jeśli musisz, ale zostawcie mojego brata i ojca…błagam. – Bane jakby dopiero co ją zauważył, utkwił wzrok w jej pełnych piersiach i momentalnie stracił zainteresowanie chłopkiem. 

– Hy hy! – uradowany oblizał wargi, pociągnął nosem, zacharczał i splunął. Byłemu ulicznikowi aż zrobiło się niedobrze, co tylko potęgował coraz mocniejszy kac.  Z młodej kobiety odwaga uszła tak nagle jak się pojawiła. Jej ciało przeszedł dreszcz, a na twarzy malowało się totalne przerażenie. Wielki bandzior odrzucił maczugę, szarpnięciem z łatwością roztargał dziewczęcą koszulę i jedną ręką złapał za odsłonięte piersi, drugą przyciągając ją ku sobie jak szmacianą lalkę. Następnie oślizgłym jęzorem polizał ją po policzku. Toren chciał zareagować, ale ubiegł go młodzieniec, na którego krzywda siostry podziałała oprzytomniająco. Doskoczył do Bane’a, a w jego dłoni błysnął sztylet, którego strażnik nie wykrył w czasie przeszukania. Sztych miał sięgnąć szyi, ale ponieważ chłopak był dużo niższy, a grubas odruchowo odwrócił głowę pchnięcie poszło po twarzy i odcięło kawałek ucha. Młodzian ponowił atak, ale wściekły łotr go uprzedził i złapał za nadgarstek – w walce był dużo szybszy niż sugerowała jego tusza, poza tym przeciwnikowi ewidentnie brakowało doświadczenia. W potężnym uścisku było słychać chrupnięcie kości, sztylet wypadł z bezwładnej dłoni na ziemię, a chłopak padł na kolana. W tym samym czasie starzec próbował zaskoczyć uderzeniem Rusta, ale ten był zbyt czujny i zbyt silny. Celowo przyjął cios na brzuch jednocześnie wyprowadzając pchnięcie ostrzem. Wielki nóż z łatwością przeszedł na wylot przez klatkę piersiową mężczyzny, który padł martwy na ziemię. Po twarzy Bane’a spływała krew, ale nie przeszkadzało mu to w rozkoszowaniu się chwilą. Wolną ręką złapał klęczącego młodzieńca za szyję i podniósł nad ziemię. Karmił się widokiem siniejącej twarzy i targanym konwulsjami ciałem, ale zanim chłopak się udusił ogromna łapa zmiażdżyła mu krtań, a z jego ust trysnęła krew. Niepocieszony grubas odrzucił ciało. Przeraźliwy krzyk przeszył powietrze i zrozpaczona dziewczyna rzuciła się do ucieczki w kierunku z którego przyjechali.

– Brać ją! – rozkazał Rust. Toren, który stał najbliżej uciekającej zrobił trzy szybkie nieudolne kroki po czym się wywrócił. Miał nadzieję, że upadek wyglądał wiarygodnie i nie przypłaci tego swoim życiem. Przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić. Stojący na wozie Keran od jakiegoś czasu musiał obserwować krwawe zakończenie i  nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w zwłoki niewiele starszego od siebie młodzieńca. Bane ruszył za młodą kobietą, ale ciężko było to nazwać biegiem i z każdym krokiem oddalała się od niego. Przywódca bandy zaklął pod nosem i sam rzucił się w pościg. Stracił jednak kilka cennych sekund, a mimo dużej sprawności i umięśnionej sylwetki jego wielkie gabaryty nie ułatwiały sprawy i gdy wybiegł zza wozu po młódce nie było ani śladu.

***

                Minęło ledwie kilka minut, ale płuca paliły Marianne tak bardzo, że nie była już w stanie biec dalej. Przerażenie dodało jej szybkości o jaką się nie podejrzewała, ale teraz wycieńczona padła na leśną ściółkę opierając plecy o drzewo. Chwilę temu wbiegła do lasu i wydawało jej się, że od dawna nie słyszy goniących jej bestii. O tej dwójce nie potrafiła myśleć jak o ludziach, to co zrobili z jej tatą i bratem…dlaczego…nie, nie mogła sobie teraz pozwolić na rozpacz, bo powoli zapadał już zmrok i nawet jeśli zgubiła pościg to wciąż mogła natknąć się na drapieżniki żyjące w okolicy. Odgłos łamanej gałązki  spowodował, że cała zesztywniała. Rozglądnęła się, ale nikogo nie dostrzegła. Wstrzymała oddech i powoli zaczęła podnosić się na nogi, plecy wciąż wspierając o drzewo. Kolejny szelest naprzeciwko niej. Już sama nie wiedziała czy to normalne dźwięki lasu, jej wyobraźnia czy naprawdę była w niebezpieczeństwie. Serce waliło jej jak młot, a w myślach modliła się do No’Te – pani nocy i bogini ciemności – by ta ukryła ją przed całym światem.

– Nie ruszaj się! Oddaj wszystkie kosztowności, z którymi uciekłaś. Myślałaś, że umkniesz przed czujnym okiem samego Isys? – Głos był dziwnie dziecięcy, ale wcale jej to nie uspokoiło. Jej ciało było napięte jak struna i gotowe zerwać się do ucieczki w każdej chwili. Dopiero gdy zza jednego z drzew wyszedł mały chłopiec z miną, która miała być groźna i kijkiem wycelowanym w jej stronę odetchnęła z ulgą.

– Nie bój się, nic Ci nie grozi – wyszeptała po chwili. – Tu nas nie znajdą tylko musimy być cicho. – Nie dopuszczała do siebie myśli, że ten chłopczyk mógł zadawać się ze zbirami z własnej woli. Wyciągnęła przed siebie ręce w geście pokoju, jednak gdy chciała zrobić krok do przodu malec błyskawicznie doskoczył do niej i przyszpilił jej szyję kijem do drzewa.

– Powiedziałem nie ruszaj się. – Kanitan uśmiechnął się zawadiacko. – Isys niczego się nie boi i nigdy nic mu nie grozi. Ty też się nie musisz bać. Jeśli oddasz mi wszystkie skarby, z którymi uciekłaś pozwolę Ci odejść i wrócę tam sam. Powiem też, żeby puścili wolno Twoich towarzyszy, bo ja już mam wszystkie łupy. Widzisz? To dobry pomysł. – Jego twarz zdobił teraz promienny uśmiech od ucha do ucha.

– Biedactwo…proszę Cię nie wracaj tam. – Po policzku Marianne spłynęła łza, gdy powróciły do niej obrazy zabitych ojca i brata. Nie mogła pozwolić, żeby ten roześmiany chłopczyk znalazł się w niebezpieczeństwie, z którego najwyraźniej sam nie zdawał sobie sprawy. – Kochanie, musisz mi zaufać. Ja nie mam żadnych skarbów, a poza tym przy wozie wydarzyło się coś strasznego… – chłopiec opuścił kij, a jego jeszcze przed chwilą uśmiechnięta buźka, była przerażona.

– Mój braciszek…!? – słowa stanęły mu w gardle, a dziewczyna teraz dostrzegła podobieństwo do chłopaka który przeszukiwał wóz.

– Nic mu nie jest, ale nam naprawdę grozi nie… – dalsze słowa pozostały już na zawsze niewypowiedziane. Wielka łapa zakryła usta dziewczynie i przyciągnęła ją do drzewa, a z drugiej strony pnia błysnęło wielkie ostrze, które z łatwością poderżnęło delikatną szyję. Jej spojrzenie było pełne smutku. Tak bardzo żałowała, że nie może uratować tego wesołego chłopca, który teraz stał nieruchomo z otwartą buzią i wytrzeszczonymi niebieskimi oczami, które wpatrywały się w jej własne, jakby nie chciały widzieć niczego innego. Długo. Bez ustanku. Bez mrugnięcia. Aż nastała ciemność.

                Gdy ciało młodej kobiety padło bezwładnie na ziemię zza drzewa wyszedł Rust, który wcześniej bez problemu objął pień swoimi ogromnymi ramionami. Przykucnął nad zwłokami i wytarł zakrwawione ostrze w koszulę ofiary. Następnie wstał  i spojrzał na wciąż skamieniałego Kanitana.

– Dobra robota Isys! – uśmiechnął się szyderczo i schował nóż do pochwy. – Bez Ciebie nigdy nie udało by się jej złapać. – Obrócił się na pięcie, splunął na martwą twarz dziewczyny i ruszył z powrotem zostawiając chłopca samego.

***

                Była już noc gdy skończyli usuwać ślady z miejsca zbrodni. Ciała mężczyzn zakopali w lesie. Po dziewczynę nikt się nie fatygował, bo leżała na tyle daleko od traktu, że szansa na to iż zostanie przypadkiem odnaleziona była znikoma. Poza tym wkrótce zmieni się w posiłek dla dzikiej zwierzyny. Ślady krwi przysypali ziemią, a wóz właśnie robił za ogromne ognisko na środku polany. Konie uwiązali do drzewa. O świcie Rust i Bane mieli na nich wrócić do miasta i sprzedać za niezłe pieniądze. Oczywiście trzeba było przekupić strażników przy bramie, żeby nie zadawali niewygodnych pytań, ale wciąż zanosiło się na niezły zarobek. Większość roboty odwalili we trójkę. Keran, który od razu pobiegł szukać młodszego brata jak tylko olbrzym wrócił sam, siedział z nim teraz oparty o pień i mocno przytulał. Z dzieciakiem nie było żadnego kontaktu, podobno znalazł go wtulonego w ciało martwej kobiety. Toren nie dopytywał, bo starszy z braci był w niewiele lepszym stanie. “Pieprzony Bane ze swoją chęcią mordu i zasrany Rust, który dość że mu na to pozwolił, to jeszcze musiał dopaść tę niewinną dziewczynę. A wszystko mogło pójść tak gładko. Ale to też Twoja wina stary nędzniku. Musiałeś się wykazać bystrą analizą. Musiałeś znaleźć ten przeklęty rubin i dać pretekst tej świni do wymierzenia kary. Dziś miałeś się zmienić, a jednak jesteś taki sam jak oni.” Poczucie winy byłego strażnika stawało się równie mocne jak kac, który go męczył. Poza tym piekielnie go suszyło, a ręce trzęsły mu sie jak galareta. Zamierzał się przespać, ale nie pomagało w tym ani ognisko, które mocno grzało i dawało dużo światła, ani jeszcze wzmacniająca ten efekt pełnia księżyca na gwieździstym pozbawionym chmur niebie. Dwóch wielkich łotrów siedziało po drugiej stronie płonącego wozu, a humor zdecydowanie im dopisywał. Rust spoglądał przez czerwony kamień na płomienie i raz po raz obracał go w palcach. Nie było słychać o czym rozmawiają jednak w pewnym momencie Toren wyczuł zmianę nastroju rozmowy na mniej rozluźnioną. Stwierdził, że to dobry moment, żeby iść się załatwić i całkiem przypadkiem zmniejszyć dzielący ich dystans.

– …nas wsypać. Ich matkę odwiedza czasem Rudy, a wiesz że ten sukinsyn chciałby się nam dobrać do tyłków. Zresztą dzieciak też go lubi, bo po śmierci starego sporo im pomagał. Pewnie chciał co dziabnąć , łajdak jeden! – obaj wybuchli rechoczącym śmiechem. Toren pomyślał, że sam by chciał, bo Sara choć chorowita, trzymała się jak na swój wiek całkiem nieźle. Rudy którego wspomnieli był chyba jedynym nieskorumpowanym oficerem w straży Farendale. “Był też Twoim przyjacielem zanim go zdradziłeś.” Swoją pozycję utrzymywał tylko dlatego, że całej reszcie dowództwa nie chciało robić się nic poza wypełnianiem brzuchów i sakiewek, a potrzebny był ktoś, kto utrzyma choćby pozory działania tej instytucji. Poza tym sierżant był prostym mężczyzną, ani wybitnie bystrym czy inteligentnym, nie miał też żadnych koneksji co powodowało, że nie stanowił realnego zagrożenia dla pozostałych oficerów. Ostatnimi czasy faktycznie zagiął parol na tą dwójkę, a Bane’a nawet udało mu się wsadzić do aresztu po rozróbie, w której jakiś nieszczęśnik stracił życie przyjmując na ciało kilka ciosów zadanych wielkimi jak głazy pięściami. Wszyscy świadkowie zdarzenia jednak bardzo szybko zaczęli tracić pamięć lub zmieniać zeznania i jasnym było, że póki Rust będzie na wolności ciężko będzie zdobyć jakiekolwiek dowody przeciw jego pupilowi. Trzeba było oddać Rudy’emu, że uparcie dążył do swego i tamta sytuacja tylko wzmogła jego wysiłki, żeby skończyć  z “Bandytami z Farendale”.

– Jego też załatwimy szefie! Wszystkich załatwimy. – Wielki grubas ściszył głos, a w jego oczach było widać żądze mordu. Spojrzenia obu zbójów zatrzymały się na Torenie. Ten momentalnie się speszył i poczuł jak czoło zalewa mu pot, a serce wali jak oszalałe. Szybko podciągnął spodnie i starając się nie zerkać w ich stronę ruszył w stronę swojego posłania. Olbrzym jednak jakby wyczuł jego strach i zdenerwowanie.

– Pozwól tu na chwilę! – Tym razem były strażnik nawet nie zamierzał udawać, że nie słyszy lub nie wie, że to o niego chodzi i posłusznie podszedł do przywódcy. – Co żeś jest taki zestresowany, co? – Wielkolud wyszczerzył się szyderczo. – Nie gadaliśmy o Tobie przygłupie.

– Szefie ja nic…

– Dobra, dobra. Idź na drogę i sprawdź czy nikt nie zabłądził.

– Ale… – i znów spojrzenie nie znoszące sprzeciwu zamknęło mu usta. Ruszył w stronę traktu. Bardziej snuł się niż szedł, przygarbiony patrzył tępo pod nogi. Tak bardzo nienawidził teraz swojej uległości i bezsilności, bo doskonale wiedział co ta dwójka planuje. Przystanął jeszcze na chwile i spojrzał w stronę śpiących braci. Dzieciaki, których los nie oszczędzał, a okrutny świat wciągał w swoje sidła niczym wprawny myśliwy niczego niespodziewającą się zwierzynę. Leżeli wtuleni w siebie, spokojni, jakby dzisiejsza rzeź nigdy się nie wydarzyła. Ciało ulicznika przeszedł dreszcz, a z oczu spłynęły łzy. Poprawił pas z orężem, zaklął pod nosem i podążył dalej w las.

***

                Rust chwilę bił się z myślami czy pozwolić Bane’owi zająć się problemem, ale nawet jego  sumienie obawiało się niepotrzebnego okrucieństwa, którego jego wierny pies mógłby się dopuścić. Dlatego wysłał go kilka minut temu, żeby wykopał kolejny dół, a sam postanowił załatwić sprawę szybko i skutecznie.  Na tyle, na ile bez wysilania się był w stanie, ponad stutrzydziestokilowy zbir podszedł cicho do pogrążonych w głębokim śnie braci. W prawej dłoni dzierżył już wielkie ostrze gotowe do kolejnego mordu. Przez kilka sekund rozważał czy załatwić wszystko jednym cięciem, bo głowy chłopców znajdowały się na jednej wysokości , ale nie chciał się niepotrzebnie brudzić krwią, która trysnęła by z poderżniętych gardeł. Pchnięcie w serce rozwiążę problem równie sprawnie, a będzie mniej sprzątania – postanowił. Przyklęknął na jednym kolanie obok Kerana i zakrył mu usta ogromną dłonią. Starszy z braci przestraszony otworzył oczy, ale nie był w stanie nawet drgnąć, bo drugie kolano olbrzyma przyszpiliło go do ziemi. Z przerażeniem obserwował jak uniesione ostrze opada wprost w jego klatkę piersiową.

– Aaaaa! – krzyk rozległ się po lesie i nim wielkolud zdążył zareagować coś uderzyło w niego z całym impetem od boku, zwalając go z kolan i z leżącego dzieciaka.

– Co do… – resztę tylko wycharczał przyduszony.

– Uciekajcie! Szybko! – Toren z całej siły zaciskał chwyt na grubej szyi Rusta leżąc mu na plecach, ale czuł że równie dobrze mógłby obejmować pień lub kamienną kolumnę. Keran zerwał się na nogi i szarpnął bratem.

– Wstawaj! – ciągnąc z całej siły Kanitana za ręce postawił go półprzytomnego na nogach i podtrzymując powlókł głębiej w las.

– Baaaaaaaane! Wieją! – Uścisk byłego strażnika zelżał już na tyle, że olbrzym był w stanie krzyknąć. – Zabije. – Objął dłońmi zaciśnięte wokół jego szyi przedramiona i szarpnął mocno całym ciałem tak, że teraz to ulicznik wylądował pod spodem dociskany plecami i ciężarem ogromnego cielska do ziemi. Ciągle jednak oplatał znacznie większego bandytę, teraz pomagając sobie jeszcze dodatkowo nogami. “Jeszcze chwila, kup im jeszcze kilka sekund.”  Toren ani zamierzał się poddać. W końcu to zrobił – dobry uczynek – dawno nie czuł się tak wspaniale we własnym ciele. Mimo bólu i zmęczenia poczuł dodatkowy zastrzyk energii i całą włożył w słabnący jeszcze przed chwilą uścisk.

                W tym samym czasie Bane w odpowiedzi na wołanie przywódcy ruszył w pogoń za chłopakami. Keran początkowo czuł, że bez trudu uciekną grubasowi. Jednak wchodząc głębiej w  gęsty las otoczyły ich niemal całkowite ciemności. W takich warunkach i z będącym ciągle w amoku bratem nie tylko przemieszczali się bardzo powoli, ale przede wszystkim robili za dużo hałasu. Sam już doskonale słyszał krzątającego jeszcze dość daleko za ich plecami zbira. Nie minie dużo czasu zanim ten głupiec wpadnie na to, żeby przystawać i nasłuchiwać ich pozycji. Mogli by się z łatwością zaszyć w zaroślach, ale ryzykowaliby, że tamci zaczekają do rana i wcześniej czy później ich znajdą. Kanitan kolejny raz się potknął i wylądowali na ziemi. Zaklął pod nosem, żeby rozładować stres. W ten sposób zaraz ich dopadnie i rozszarpie na kawałki. Dreszcz wstrząsnął ciałem starszego z braci. Muszą dostać się z powrotem na polanę, a następnie na ścieżkę którą przyszli rano. Tamci jej nie znają, dodatkowo są dużo wolniejsi, więc jeśli Kanitan otrząśnie się na tyle, żeby biec powinno się udać. Musi. W oczach Kerana stanęły łzy. Obiecał mamie, że nigdy nie da skrzywdzić brata i że będzie go pilnował.

– Dawaj młody! Musimy przyspieszyć, rozumiesz? Mama czeka. – Oczy malca skupiły się na jego twarzy. –  Isys nigdy się nie poddaje! Chodź. – Tym razem chwycił go za dłoń i pociągnął za sobą. Od razu lepiej. Niestety ciężkie kroki za nimi również przyspieszyły i były znacznie bliżej.

                Toren nie wiedział ile sekund czy minut minęło, ale wydawały mu się całą wiecznością. Mięśnie go paliły, oddychał ciężko ustami, bo nos pękł mu już wcześniej uderzony głową Rust’a, który na oślep odrzucał ją w tył. Poddały się też już żebra obijane łokciami to z jednej to z drugiej strony. Gdyby nie idealnie założony chwyt już dawno skończyłby martwy. Niestety był zbyt słaby, żeby udusić olbrzyma, choć na pewno  pozbawił go wielu sił ograniczając mocno dopływ tlenu. Dziesięć lat temu uścisk byłby z pewnością śmiertelny, ale teraz był zapijaczonym wrakiem człowieka. I tak zrobił więcej niż ktokolwiek by się po nim spodziewał. Wielki łotr również poczuł, że chwyt słabnie i ponownie chwycił Torena za przedramiona. Tym razem bez problemu odciągnął je od własnej szyi, obrócił się z pleców na brzuch i następnie siadł na byłym uliczniku kolanami przygniatając jego ręce do ziemi. To koniec. Szczery uśmiech zagościł na twarzy starego strażnika. Już nawet nie próbował się bronić. Spokojnie patrzył na górującą nad nim potężną sylwetkę, wściekłą czerwoną twarz, która łapczywie i ciężko łapała powietrze powoli odzyskując naturalną barwę. “Udało Ci się sukinsynu! Naprawdę Ci się udało. Zrobiłeś coś dobrego…to jednak był ten dzień.” Toren zaczął się modlić, jednak nie za siebie, a za los chłopców. Chwile później na jego twarz zaczęły spadać potężne ciosy, niczym głazy rozłupując mu czaszkę na kawałki. Nim życie całkowicie z niego uszło zobaczył ich oczami duszy raz jeszcze – swoją rodzinę.

                Bracia wypadli na polanę nawet dalej niż starszy planował. W okolicy obozowiska i wciąż płonącego wozu nie było śladu żadnego z bandytów. 

– Jeszcze trochę. – Obaj byli już mocno zasapani i zmęczeni. Ciągle trzymając się mocno za dłonie pobiegli w stronę ścieżki.

– Arrr! – Niczym rozjuszony dzik Bane wyskoczył z lasu ledwie dwadzieścia kroków za nimi. Widząc ofiary tak blisko zaśmiał się szaleńczo nie przerywając pościgu. Chłopcy byli jednak szybsi od zbira, któremu tusza z każdym krokiem mocno dawała się we znaki. Strach dodawał im sił, lecz niestety również plątał nogi i po kilkudziesięciu metrach Kanitan znów się potknął i bracia runęli na ziemię. Keran podparł się rękami i bez zatrzymywania płynnie przeszedł z powrotem do biegu podnosząc brata za rękę i ciągnąc dalej za sobą.  Nie przebiegli jednak nawet dziesięciu metrów kiedy kolejny raz stracili równowagę. Tym razem to starszy chłopak zahaczył o kamień i tym razem nie udało mu się uniknąć upadku. Zerwał się jednak od razu nie oglądając się nawet za siebie, ale ciężkie susy było słychać coraz bliżej. Panika. Nierytmiczny rwany bieg.  Kolejne kilka kroków i kolejny upadek. Łzy napłynęły Keranowi do oczu. Nie uda im się. Podniósł otumanionego brata i ścisnął nieprzyjemnie dłonią za twarz.

-Uciekaj! Rozumiesz?! Już! – uszczypnął go jeszcze w policzek pchnął w stronę ścieżki. Kanitan na wpół świadomy posłusznie pobiegł dalej.

-Raaaaarrrr! – Rządny krwi tłuścioch pędził wprost na niego. Piętnaście kroków. Młodzieniec sięgnął do pasa po sztylety. Pierwsze dwa śmignęły w powietrzu, lecz każdy z nich minął łysinę bandziora o kilkadziesiąt centymetrów. “Niemożliwe” – nigdy nie pudłował z takiej odległości. Dziesięć. Przerażenie wypełniło całe jego ciało. Następny. “Jednym byle celnie”- wziął głęboki oddech. Trafił w czoło. Niestety rączką zamiast ostrzem. Grubas wstrząsnął lekko głową na której pojawiło się rozcięcie, jednak nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia, a jedynie bardziej rozsierdziło. Trzy. Nie mając już czasu Keran rozpaczliwie rzucił dwoma nożami na oślep i od razu odskoczył.  Za późno. Bane niczym taran wbiegł w będące już w powietrzu nogi chłopaka.  Ten obracając się wokół własnej osi przeleciał kilka metrów nad ziemią, a następnie bezwładnie koziołkując padł na nią całkowicie oszołomiony. Jak przez mgłę widział zbliżające się kroki. Nie czuł bólu kiedy wściekły wieprz przebijał mu dłonie przyszpilając do ziemi jego własnymi ostrzami, które dopiero wyjął ze swojej klatki piersiowej. Gdyby nie ogromna tusza bandyty obydwa sztylety dosięgły by serca, jednak fałdy tłuszczu podziałały jak warstwa ochronna i uratowały mu życie. Zanim Bane rozpoczął sadystyczną masakrę Keran  stracił przytomność unikając tym samym ogromnej dawki bólu i cierpienia.

***

                Skrzypienie wozu, stukot kopyt i wesołe nucenie po raz kolejny przerwały panującą ciszę. Rust nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Podwójny łup w ciągu jednej nocy. Tym razem przyczaili się w zaroślach tylko we dwóch, ale to nawet lepiej – mniej głów do podziału. Pozbyli się wszystkich niewygodnych świadków poza tym malcem, ale wątpił by o własnych siłach i  niespełna rozumu w ogóle wrócił do miasta. Nawet jeśli – zajmą się nim i jego chorą matką po powrocie. Bane stał po drugiej stronie drogi i mocno się niecierpliwił. Dopiero co zaczął rozpruwanie brzucha kiedy szef go wezwał i przerwał świetną zabawę. Przynajmniej mu obiecał, że tym razem jak tylko zgarną łupy będzie mógł załatwić sprawę po swojemu. “Ale nie wcześniej!” – musiał to zapamiętać, bo szef będzie bardzo zły jeśli będzie musiał wszystkiego szukać sam.

– “…ja wesoło sobie gram, ram-pam-pam…” Prrrrr! Ależ witajcie mości panowie! Ypfhyhy! – Uradowany woźnica zaśmiał się nadzwyczaj szczerze i aż się popluł, jakby nic nie robiąc sobie z dwóch uzbrojonych olbrzymów, którzy wyskoczyli w środku nocy na drogę.

– Chory jaki? Czy po prostu głupi? – zapytał kpiąco większy i bardziej umięśniony z bandytów.

– Oj Panie… – woźnica zwrócił głowę w stronę grubego i nachylił się lekko. -…powiedziałbym, że jedno i drugie. Nadciśnienie, żylaki, niewydolność jelit i kto wie co jeszcze. A i na zbyt rozgarniętego również nie wygląda. – Ponownie skierował się w stronę pierwszego. – Więc jeśli mnie pytacie o zdanie panie to tak. Zdecydowanie jedno i drugie! – Na moment zapadła totalna cisza przerywana jedynie przez pohukiwanie sowy. Bane stał z tępą miną próbując przetrawić czy właśnie z niego zadrwiono i zastanawiając się co to są te żylaki. Rust natomiast ryknął śmiechem.

– To było dobre! – podjął zbir gdy już się uspokoił – Cieszę się dziadku, że humorek Was nie opuszcza. – Tak na prawdę nie miał pojęcia w jakim wieku jest przybysz, ale przygarbiona sylwetka, wystające spod kaptura niechlujne, częściowo posiwiałe włosy i zarost oraz drżące ręce sugerowały, że większość wiosen ma już za sobą. – A teraz zabieraj dupsko z wozu i dawaj wszystkie kosztowności, albo inaczej sobie porozmawiamy. – Efektownie zakręcił wielkim ostrzem i prostując rękę skierował w stronę przybysza. – I tylko mi o niczym nie zapomnij. – Jego głos spoważniał i było jasne, że czas żartów minął. Woźnica nie wyglądał jednak na specjalnie poruszonego.

– Ależ oczywiście mości panie, oczywiście! Po co wprowadzać od razu niemiłą atmosferę. – Podniósł ręce do góry pokazując puste dłonie. – Pozwólcie, że zaprezentuje Wam największy z moich skarbów i zagram dla Was coś ładnego na znak pokoju. – Olbrzym chciał zdecydowanie zaprotestowaćjednak tylko rozdziawił usta i znieruchomiał nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Ten garbaty stary pryk odziany w znoszony habit, jadący rozklekotanym wozem, wyciągnął zza siebie mała złocistą harfę, której blask wręcz rozjaśniał okolicę, jakby odbijając i wzmacniając światło księżyca. Nawet jeśli nie była wykonana z prawdziwego złota, musiała być warta fortunę! Nie zwlekając, Rust od razu ruszył w stronę wozu odebrać cenny przedmiot, lecz wtedy palce woźnicy delikatnie musnęły struny  i olbrzym przystanął zauroczony pięknem dobywających się dźwięków.

– Mogę? – Tym razem głos przybysza był inny, jakby bardziej bystry, a spod kaptura można było dostrzec, że kącik ust podniósł się zadziornie do góry. Zbir nie zwracał już jednak na to uwagi, pragnął tylko usłyszeć więcej i prędko skinął głową zniecierpliwiony. Muzyka, która zabrzmiała momentalnie chwytała za serca. Bandyci poczuli, jakby wypełniała ich ciała i rozbrzmiewała także od środka. Melodia była piękna i poruszająca, a po upływie kilku chwil została dodatkowo wzmocniona śpiewem zakapturzonej postaci. Chociaż zdawało się, że wozak nie porusza ustami, ani nie dało wyłapać się pojedynczych słów pieśni , to z pewnością musiało tak być, bo ich oczom od razu ukazał się bardzo wyraźny obraz śpiewanej opowieści. Opowieści o młodej, pięknej dziewczynie, która pewnego dnia pobłądziła w lesie, oraz o wielkim, dzielnym drwalu, który uratował ją przed wilkami. Samoistnie każdy z bandytów widział w nim siebie, a historia zdawała się nie opowieścią, a wspomnieniem. Wspomnieniem także miłości między nimi tak wyraźnym, że wypełniła ona teraz serca olbrzymów. Siła tego uczucia wręcz wstrząsnęła ich ciałami, przez które przeszedł dreszcz. Serca biły coraz mocniej i szybciej, a przepływająca krew rozgrzewała od środka. Obraz stawał się coraz wyraźniejszy, a wszystko dookoła stanowiło jedynie niewyraźne i odległe tło. Ukochana była tak blisko, że wręcz czuli jej zapach. Czuli jak dotyka ich dłoni, obejmuje i słyszeli jak szepcze do ucha “kocham Cię”. Zaraz jednak wspomnienie zaczęło się rozmywać, a twarz dziewczyny uciekać i nim zdążyli uchwycić tę chwilę muzyka przyspieszyła, a wybrzmiewające dźwięki były dużo mocniejsze i niczym fala zabrały je ze sobą niosąc jednak kolejne. Rozbójnicy poczuli nagle napływającą zazdrość i ogromny gniew. “To jej wina. Dlaczego nie słucha?! Dlaczego nie może zostać w ich leśnej chacie gdzie są tacy szczęśliwi? On się nią zaopiekuje. Ludzie w mieście są zepsuci! Niepotrzebnie jej o nim powiedział. Musi ją powstrzymać. Musi z nią porozmawiać jeszcze raz.” Drwal dynamicznym krokiem zmierza w stronę chaty. Po drodze zrywa czerwoną lilie, jej ulubiony kwiat. Mimowolnie sam pociąga nosem, bo ten zapach mu ją przypomina. Tak bardzo ją kocha. Łza spłynęła po policzku Rusta, a on sam się uśmiechnął, Bane jedynie ciężko oddychał jakby zmęczony szybkim marszem w stronę domu. Otwierają drzwi, a ona stoi przy stole. “Jest taka piękna….ale…co ona robi?! Pakuje prowiant i rzeczy na drogę. Nie może odejść!” Wręcza jej kwiat i prosi by została, ale ona nie słucha i mówi że wróci. On podnosi głos. Ona krzyczy. Znów się kłócą. Ona wrzuca kwiat do kominka. “Nie możesz odejść! Jesteś moja! Tylko moja!” Chwyta ją za ręce, ale dziewczyna się wyrywa i zaczyna się szarpanina. W końcu ją odpycha.  Za mocno. Ukochana potyka się, uderza głową o kant stołu i pada bezwładnie na podłogę. “Nieeeee!” W tym momencie serce Bane’a nie wytrzymało. Grubas chwycił się za klatkę piersiową i padł na kolana. Grymas bólu nie zagościł jednak na jego twarzy zbyt długo i po chwili całe cielsko zwaliło się na drogę. Drugi z bandytów tego nie widzi. Podbiega do dziewczyny i widzi, że ona wciąż oddycha i uśmiecha się do niego. Delikatnie głaszcze jej policzek. Jej skóra jest gładka jak jedwab. Jednak gdy chce ją objąć czuje pod palcami lepką krew. Dużo krwi.

– Ja nie chciałem! – Tym razem słowa wydobyły się z ust Rusta, a on sam zalał się łzami. Poczuł jak teraz to ona głaszcze jego. “Chciałeś.” Spojrzała na niego parą pięknych niebieskich, ale bardzo smutnych oczu. To spojrzenie. Ta twarz teraz ją rozpoznał. Spotkali się dziś wcześniej…”To Ty mnie zabiłeś.” Nagle na jej szyi pojawiło się głębokie rozcięcie z którego trysnęła krew. – Nie! Co ja zrobiłem. Nie chciałem! Kocham Cię! – Olbrzym chwycił się za głowę i dosłownie rwał włosy wielkimi garściami, nie mogąc uwierzyć, że zamordował ukochaną. Melodia wciąż grała, pełna smutku i rozpaczy. Każde uderzenie w strunę było jak oskarżenie. Każde było wspomnieniem na jej cześć. – Co ja zrobiłem…co ja zrobiłem… – głos bandyty był coraz cichszy. Po jego twarzy nieprzerwanie spływały łzy. Odszedł kilka kroków dalej powtarzając wciąż te same słowa jak mantrę. W końcu dobył swego ostrza i nie mogąc znieść poczucia winy przebił własne serce.

– Jak to mówią przyjacielu – kto sieje wiatr… – woźnica nie dokończył, a jedynie wykonał gest jakby podnosił kapelusz i się skłaniał. Poprawił się na wozie, odłożył harfę i jakby nigdy nic podjął wesołą piosenkę. “Księżyc ślicznie dzisiaj świeci, czy ktoś widział grzeczne dzieci? Po cukierku dla Was mam ram-pam-pam, ram-pam-pam…” Konie jak na komendę ruszyły dalej.

***

                Nieznośne skrzypienie wozu i zawodzenie starucha w końcu ustało. Kanitan chciał już być w domu i przytulić mamę. Targały nim sprzeczne uczucia. Wciąż czuł strach przed bandytami, lecz przy woźnicy czuł się bezpiecznie. Czuł ogromny smutek z powodu śmierci tylu dobrych ludzi, w szczególności Torena i tej pięknej pani, ale i ogromne szczęście, że uratowali Kerana i jadą do domu.  Wcześniej wrócił po niego, ale brat już spał i miał dziurę w brzuchu i przybite ręce, więc przytulił go i modlił się do Isys, żeby ich uratował. Strasznie się bał, że Bane wróci, ale nie mógł zostawić Kerana samego. Tata kazał im zawsze trzymać się razem, więc mimo przerażenia został. Isys jednak nie przybył. Ale nie zrobili też tego zbóje. Znalazł ich ten dziwny staruch. Zaszył brzydko i krzywo brzuch braciszka i coś zaśpiewał i powiedział, że to pomoże. Głupie, ale na razie chyba działało, bo Keran oddychał i odzyskał ciemniejszy kolor, bo był już bardzo blady. Nawet blady Mikuś z bidula nie jest taki blady. Ziewnął. Chciało mu się spać.

– Masz. – woźnica podał mu dziwny kawałek drewna. – To flet – wyjaśnił. – Graj mu, żeby wyzdrowiał. Ja już jestem zmęczony, a brama do tej dziury, którą nazywacie miastem jeszcze kilka godzin będzie zamknięta.

– Jak to działa? – Chłopiec  pierwszy raz widział taki instrument. Farendale rzadko odwiedzali muzykanci, a miejscowi grali przeważnie na lutniach i bębnach.

– Tu dmuchasz, a tu pozwalasz paluszkom na odrobinę zabawy w poszukiwanie dźwięków. Tyle. – Starzec położył się z przodu wozu i zamknął oczy.

– Wydaje się proste. – Malec dmuchnął z całej siły i zaczął zmieniać palce, ale w niczym nie przypominało to muzyki.

 Ciszej tam! – Strażnikowi drzemiącemu w wieży chyba też się nie podobało.

– Nie przejmuj się. Było dobrze. Pamiętaj! Najważniejsze, żebyś się dobrze bawił. Poszukuj swoich dźwięków, a później staraj się je łączyć.

– Czy to na prawdę uzdrowi braciszka? – Kanitan nie chciał się bawić kiedy inni chorowali. Będzie teraz musiał opiekować się zarówno Keranem i mamą.

– No pewnie! A wiesz czemu? – wozak ściszył głos. – Bo to zaczarowany flet. Jak będziesz na nim grał i dobrze się przy tym bawił, będziesz przelewał zaczarowaną melodie w serca ludzi dla których grasz, a wtedy ich serca i ciała wyzdrowieją, a na twarzy zagości uśmiech. Wtedy też będziesz wiedział, że twoja muzyka działa. – Kanitan spojrzał z zachwytem na instrument. Obrócił go kilka razy w dłoniach, ale wciąż nie dowierzał.

– I nie wciskasz mi kitu? – musiał się upewnić.

– Sam się przekonaj – starzec się uśmiechnął. – Jest Twój. – Malec był przeszczęśliwy. Jego własny zaczarowany flet. Postanowił że będzie teraz leczył ludzi swoją muzyką. Szczególnie mamę. Musi dużo ćwiczyć. Nie tracąc czasu rozpoczął koncert dla brata, a wtórowało mu rytmiczne chrapanie woźnicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.