Upadli bohaterowie

Upadli bohaterowie
Artwork by Kipine

– Dziadku, daleko jeszcze? – Na czole dziewczynki widać było kropelki potu, a jej oddech był przyśpieszony i niemiarowy. Wbrew pozorom nie było to typowe dziecięce marudzenie, a Liana martwiła się o dziadka, a nie o siebie. Staruszek miał już przeszło siedemdziesiąt lat i od dekady cierpiał na reumatyzm. Najbardziej dokuczały mu kolana i prawe biodro, dlatego taka wyprawa była dla niego nie lada wyzwaniem. Sam jednak nigdy się nie uskarżał i uważał to za uśmiech losu, że choroba póki co oszczędzała jego ręce, które były jego głównym narzędziem pracy. Starzec był snycerzem i to właśnie po odpowiednie drewno wybrał się z wnuczką do lasu.

– Nie córcia, jeszcze kawałeczek i przystaniemy. – Był bardzo dumny z wnuczki, która niedawno skończyła osiem wiosen. Miała piękne czarne loczki, zawsze uśmiechniętą buzie i ciemne oczka, które mrużyła przy każdym uśmiechu. Jak na swój wiek była bardzo pracowita i obowiązkowa. Wstawała codziennie o świcie, by pomóc mamie przy zwierzętach i pożegnać ojca i braci, którzy ciężko pracowali w tartaku u stryja. Później wraz z ukochanym dziadkiem sprzedawała jego wyroby na straganie. Po powrocie z targowiska znów pomagała mamie w domu, ogródku i przy opiece nad rocznym braciszkiem. Co jakiś czas chodziła też z dziadkiem po drewno do lasu tak jak dzisiaj. Tym razem jednak szli wyjątkowo daleko – do dębowego zagajnika – ponieważ dziadek miał specjalne zamówienie na szlachecki herb i potrzebował twardego drewna dobrej jakości. Na takie wyprawy przeważnie staruszek zabierał chłopaków, ale czasy były ciężkie i Ci musieli pracować z ojcem. Dodatkowo rok temu musieli sprzedać konia, bo z powodu narodzin matka nie mogła pracować i brakowało pieniędzy. Wszytko przez wyniszczającą i trwającą od lat wojnę z demonami. Ta powodowała szereg mniejszych konfliktów wewnętrznych, ciągłe polityczne rozgrywki o władzę, powstawanie niebezpiecznych kultów i sekt. A to wszystko odbijało się na rosnących cenach, niebotycznych podatkach i niekończących się daninach. Białe Królestwo krwawiło, lata jego świetności dawno minęły, a wraz z nim cały świat chylił się ku upadkowi. Jak zwykle w pierwszej kolejności odbijało się to na losie maluczkich. Julian jednak nigdy nie narzekał i to samo wpajał swoim dzieciom, a teraz wnukom. Po najczarniejszej nocy wstaje dzień, a z najcięższych chwil człowiek wynosi najcenniejsze doświadczenie. Najważniejsze to nigdy się nie poddawać i potrafić  wszędzie dostrzegać szczęście, nawet to najmniejsze. Dlatego teraz delektował się świeżym powietrzem z dala od miejskiego zgiełku, podmuchami ciepłego wiatru na twarzy i możliwością spędzenia kolejnych chwil z ukochaną wnusią. Serce mu rosło kiedy na nią spoglądał. Ciągnęli razem dwukołowy wózek – każdy za osobne ramię. Liana dodatkowo niosła plecak z prowiantem na drogę. Zawsze niestrudzona i uśmiechnięta.

– Tu musimy odbić z głównego traktu na leśną drogę. Widzisz? – Staruszek wskazał ledwie widoczny szlak wiodący na północ. –  Trawa już prawie całkowicie ją zasłoniła, ale spójrz, tu widać jeszcze zagłębienia powstałe od kół. Poza tym zwróć uwagę na linię drzew, widać wyraźne odstępy między nimi. – Dziewczynka ze skupieniem słuchała dziadka. Wiedziała, że dziadzio jest bardzo mądry i chciała zawsze zapamiętać jak najwięcej. Skinęła głową, a jej mocno zmarszczone brwi znów się rozluźniły a na buzie powrócił uśmiech. – Teraz będzie trochę ciężej, ale za około dwadzieścia minut będziemy na miejscu i tam zrobimy sobie przerwę na obiad. Może być?

– Może być dziadziu, ale najpierw napij się wody! – Szybkim ruchem wyjęła z plecaka mały bukłaczek, pociągnęła łyk i podała starcowi. Ten ani myślał protestować, chociaż nie czuł wielkiego pragnienia. Zgodnie z poleceniem wnusi napił się i z uśmiechem oddał jej bukłak. Po chwili ruszyli dalej.

                Zagajnik, podobnie jak droga, również zarastał różnoraką roślinnością. Dawniej był domostwem driad i druidów, którzy dbali o niego i odpowiednią harmonię w całym pobliskim lesie. Jednak gdy zabrakło największego z druidów – Arutana, zwanego również Ojcem Lasów –  miejsca położone najbliżej ludzkich miast i siedlisk zaczynały pustoszeć. Arcydruid potrafił zadbać o porządek i dobre relacje z ludźmi, jednak po upadku Strażników i na skutek nadchodzącej wojny Ci zapominali o umowach, karczowali lasy i wybijali zwierzynę, myśląc tylko o nadchodzącym konflikcie, a kompletnie zapominając o zachowaniu odpowiedniej równowagi i uszanowaniu Matki Natury. Gdy ostatnie driady opuściły Dębowy Zagajnik, liczba zwierzyny drastycznie spadła, dlatego myśliwi obecnie już nie zapędzali się w te strony. Część dębów ścięto, jednak po serii nieszczęśliwych wypadków wśród drwali i kupców próbujących ubić na wycince interes, miejsce uznano za przeklęte i nawet jeśli trafił się prężny biznesmen, nie był w stanie zorganizować ludzi do pracy. Julian miał jednak inne zdanie na ten temat i uważał że las w ten sposób broni się przed działalnością człowieka. Być może z pomocą magii pozostawionej przez dawnych gospodarzy. On jednak przychodził w pokoju i nie ścinał zdrowych drzew. Zabierał jedynie to co zagajnik sam mu oferował; zwalone pnie i połamane gałęzie. Zatrzymali się pod rosłym dębem i usiedli na jego potężnych korzeniach. Mama przygotowała dla każdego po kawałku suszonego mięsa, pieczonym ziemniaku i świeżo upieczonej bułeczce.

– Uhm pycha! – orzekła Liana, bo uwielbiała wypieki maminej roboty, a w szczególności świeże bułeczki. Dziadek się zaśmiał.

– Nie tak łapczywie córcia, bo się zakrztusisz. Nie bój się, chłopaków nie ma w pobliżu, więc żaden Ci Twojej porcji nie capnie. – Dziewczynka rozglądnęła się dookoła, żeby się upewnić, czy aby na pewno, bo z tymi nicponiami to nigdy nie wiadomo!

– Dziadziu i tak musimy się pośpieszyć – wskazała na słońce – już prawie południe, a mama kazała nam wrócić przed zmrokiem. – Faktycznie długo im zeszło, Julian się zafrasował. Jeszcze nie mieli drzewa, a droga powrotna z dociążonym wózkiem zajmie z pewnością więcej czasu. Ostatnio poszło szybciej, ale tylko dlatego, że to bracia ciągnęli wózek, a on i tak ledwo za nimi nadążał. Nie powinien porywać się na taką wyprawę sam z wnuczką. Mimo że zaradna, to była jeszcze dzieckiem i niepotrzebnie ją narażał. Przeklął swoją lekkomyślność i zbędną brawurę. Zapewnił wszystkich, że dadzą sobie spokojnie radę, ale tak po prawdzie oszukiwał sam siebie i swój organizm. Tak bardzo zależało mu na tym zleceniu i dodatkowych pieniądzach, że zlekceważył głos rozsądku. Trudno, nie ma co teraz narzekać tylko trzeba brać się do roboty – pomyślał. Widocznie tak miało być. Znajdźmy solidny konar i zabierajmy się  stąd. Wrzucił ostatni kawałek mięsa między zęby i przeżuwając wstał.

– Dobra kochanie bierzemy się do pracy. Idziemy w tę stronę bez wózka i szeroko od siebie, ale nie dalej niż poza zasięg wzroku. Jak ktoś znajdzie gałąź przynajmniej tej grubości – zamówione godło powinno mieć przynajmniej trzydzieści centymetrów szerokości, więc dłońmi wskazał odpowiednio więcej – to woła. Tym razem nie zbieramy nic mniejszego dodatkowo, bo czas goni.  A jakby coś się działo to gwizdek – złapał za swój. Dla każdego z  wnuków zrobił taki sam, drewniany, na skórzanym rzemyku, zdobiony dodatkowo grawerem z imieniem. Liana skinęła głową i popędziła szukać odpowiedniego drzewa. Starzec uśmiechnął się kręcąc głową, zabrał z wózka siekierę i piłę i ruszył za wnuczką.

                Jak stwierdził, szczęście się do niego uśmiechnęło, bo już po dziesięciu minutach trafił na nadłamany dębowy konar. Gałąź była gruba, więc musiała się poddać  wskutek bardzo silnego wiatru, bądź uderzenia pioruna i to drugie wydało się Julianowi bardziej prawdopodobne, pomimo braku śladów podpalenia. Nie tracąc jednak czasu na dalsze rozważania, wdrapał się na drzewo by dokończyć dzieła. Nie musiał wychodzić wysoko, bo w zasadzie sięgał siekierą nadłamanego miejsca z ziemi, ale zdecydował, że wygodniej będzie mu odpiłować resztę z góry.

– Lianka! – Teraz zauważył, że nie widzi małej, ale słyszał ją jeszcze przed chwilą, więc musiała być gdzieś w pobliżu. Przystąpił do piłowania, co jakiś czas nawołując wnuczkę. Szło ciężej niż się spodziewał, bo pomimo iż zdawało się, że konar ledwie się trzyma dąb był piekielnie mocny i twardy. – Albo ja taki słaby – powiedział sam do siebie. Jakby na zaprzeczenie tych słów po następnym cięciu gałąź wreszcie się poddała i spadła na ziemię. Starzec oparł się o pień i ciężko dysząc otarł czoło. Lekko zakręciło mu się w głowie, więc zacisnął mocniej uda na drzewnym kikucie, żeby nie spaść. Zamknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Znał swój organizm dość dobrze i wiedział, że zaraz odzyska równowagę. Poskutkowało. Kolejny głęboki oddech, tym razem żeby zawołać wnuczkę. W tym samym czasie otworzył jednak oczy i słowa stanęły mu w gardle. A po chwili odpowiedziało ciche warczenie. Wilk. Powoli i bezgłośnie wypuścił powietrze z płuc, po cichu licząc na to, że mała jednak go nie słyszała. Nie mógł długo czekać, bo niebawem to ona może go zawołać lub co gorsza wilk sam znudzi się czkaniem i ruszy w jej stronę, a wtedy… wolał nawet nie dopuszczać czarnych myśli do siebie. Wychylił się lekko i przyjrzał się bestii. Stary Basior wpatrywał się w niego ciężko dysząc. Był wynędzniały i wychudzony, miejscami widać było placki skóry porośnięte rzadką sierścią. Nadgryzione ucho, szrama na pysku i brak członków stada w pobliżu świadczyły, że musiał przegrać walkę o przywództwo i zostać wygnany z watahy. “Twój koniec jest bliski staruszku.” – ta myśl pojawiła się w głowie Juliana i w zasadzie nie wiedział, który z nich jest jej nadawcą, a który adresatem. Najpewniej obojgu nie zostało wiele czasu. Żałował, że to piłę trzymał w ręce, a nie siekierę – ta opierała się o drzewo na dole. Będzie musiał szybko zeskoczyć, złapać za toporek i zaatakować. Wilczur jednak również czaił się blisko gotowy do skoku. Wpatrywali się w swoje oczy jak wytrawni generałowie na polu walki, czekający na błąd przeciwnika i odpowiedni moment do ataku. Basior pierwszy uniósł i zwrócił głowę do boku – Linka! – przemknęło staruszkowi przez myśl, więc natychmiast zeskoczył i zaszarżował w stronę wilka. Bestia tylko na to czekała i skoczyła mężczyźnie do gardła. Julian zamachnął się piłą i trafił  prosto w pysk, jednak ciężar i pęd zwierzęcia zwalił go z nóg. Gruchnęło i począwszy od biodra ciałem starca wstrząsnął porażający ból. Tylko dzięki adrenalinie nie stracił przytomności i zawzięcie zdzielił wilczura kilka razy trzymanym oburącz narzędziem. Stary basior odskoczył w końcu, a z pyska ściekała mu krew. Ani jednak myślał się poddać, doskoczył ponownie, tym razem atakując nogę snycerza tuż przy stopie i unikając wyprowadzanych ciosów. Julian desperacko cisnął w wilka piłą, by zyskać choć sekundę i rzucił się stronę siekiery. Ten jednak na to nie pozwolił i szarpiąc za nogawkę i kostkę odciągnął staruszka od drzewa. Mężczyzna kompletnie opadł z sił, a w poszarpanej nodze zaczynał tracić czucie, co przyjął z ulgą i strachem równocześnie. Wtem rozległ się głośny gwizd, a kamień wielkości pięści trafił wilka w tułów. Bestia odskoczyła i zwróciła się pyskiem w kierunku z którego nastąpił atak. Kolejny kamień trafił go w głowę, a nieprzyjemny dźwięk narastał i był coraz bliżej. Zmęczony basior dał uszy po sobie i czmychnął w przeciwnym kierunku nie ryzykując spotkania z kolejnym przeciwnikiem.  Mglistym spojrzeniem Julian zobaczył swoją wnuczkę wybiegającą z zarośli z gwizdkiem w ustach i kolejnym kamieniem gotowym do rzutu. Uśmiechnął się i odpłynął w ciemność.

***

                Przyjemne ciepło wybudziło starca z głębokiego snu. Prawe biodro i kręgosłup bolały jak diabli. Wsparł się na przedramionach i zacisnął zęby z bólu. Obok paliło się niewielkie ognisko, do którego Liana właśnie dorzucała niewielkie gałązki. Zapadł już zmrok i zanosiło się na chłodną noc, a dziewczynka była ubrana jedynie w koszulę i wygodne, ale cienkie lniane spodnie. Julian odruchowo spojrzał na nogę – była obwiązana dziecięcą czerwoną opończą. Chciał poruszyć palcami i stwierdził że w ogóle nie czuje stopy.  Dziewczynka żeby się rozgrzać przykucnęła przy ognisku. W rękach trzymała długi naostrzony patyk, który oparła teraz na udach i mrużąc oczy rozglądnęła się dookoła. W końcu dostrzegła, że się obudził.

– Dziadku! – Od razu pomknęła w jego stronę i wtuliła się mocno.

– Córcia kochana! – Łzy mimowolnie spłynęły staruszkowi po policzkach. – Jak się cieszę, że nic Ci się nie stało! Jesteś taka dzielna. Uratowałaś mnie.

– Och dziadziu jak dobrze, że już się obudziłeś. Tak bardzo się bałam. – Liana również się rozpłakała, więc przytulił ją mocniej. Leżeli tak chwilę, aż się uspokoiła. W końcu wstała i przetarła rękawem mokrą buzie. – Zrobiłam wszystko tak jak mnie nauczyłeś. – Wyprostowała się i widać, że była dumna z siebie. – Oczyściłam ranę wodą i mocno związałam. Nie mogłam Cię obudzić, więc zebrałam drewno na opał. Rozpaliłam je wcześniej Twoim krzesiwem, bo pamiętałam jak opowiadałeś, że zwierzęta boją się ognia. Chciałam znaleźć lepsze miejsce na kryjówkę, ale nie mogłam Cię przesunąć dziadziu. Siekiera też była dla mnie za ciężka, więc zrobiłam sobie włócznie. – Zaprezentowała trzymany patyk. Staruszek obawiał się, że w starciu z wilkiem ten badyl na niewiele by się zdał, ale w końcu pokonała go wcześniej gwizdkiem i kamieniami, więc nie zamierzał jej przerywać. – Co teraz robimy dziadziu? Szukamy innej kryjówki?

– Nie kochanie. Świetnie się spisałaś. – Uśmiechnął się do niej. – Obawiam się, że z tą nogą daleko nie zajdę, więc lepiej trzymać się ognia. Podaj mi proszę siekierę. – Odbierając narzędzie spojrzał jej w oczy. – A teraz posłuchaj. Jeśli wilk wróci, musisz szybko wspiąć się na drzewo. – Chciała zaprotestować, ale nie pozwolił jej wejść w słowo, a jego ton spoważniał. – Wiem, że raz Ci się udało go przegonić, ale to nie są przelewki. W pobliżu może być całe stado, a mi będzie trudniej się bronić jeśli będę musiał patrzeć na Ciebie. – Nie było to kłamstwo, ale prawda też nie. Wątpił czy da radę nawet staremu basiorowi, pokonanie młodego wilka, o kilku nie wspominając nie wchodziło w grę. Chodziło jedynie o bezpieczeństwo wnuczki. – I pamiętaj nie możesz zejść na dół, cokolwiek by się nie działo. Najlepiej zamknij wtedy oczy. Obiecaj mi. – Dziewczynka niechętnie skinęła głową, a jej oczy szkliły. – Nie martw się. Najpewniej już żadna bestia tu nie wróci, bo pewnie cały las już wie jak dałaś popalić tamtemu wilczurowi. – Uśmiech wrócił na dziecięcą buzię.

– No, uciekał gdzie pieprz rośnie! – zaśmiali się głośno obydwoje i znów przytulili się do siebie. – Skoro nie możesz chodzić, to rano pobiegnę do domu i sprowadzę pomoc dziadziu.

– Jak znam Twojego ojca, a mojego syna, to nie będzie takiej potrzeby. Pewnie już dawno postawił na nogi całą wioskę i jedzie tu po nas.

– No tak, tatuś na pewno nas uratuje. Tęsknie już za nim i za mamą też. I za małym Kajtkiem i za Pakim i za Kronkiem i nawet za Malwą. – Najstarsza z rodzeństwa nie mieszkała już nimi. Dostała się na służbę do jednego z kapłanów Zakonu Światła i musiała zamieszkać w zakonie. Jednak kiedy duchowny wyjeżdżał na różne misje i zgromadzenia, miała przyzwolenie na powrót do domu, żeby pomóc rodzicom. Dość często się więc widywały i tak jak się kochały, tak żarły się jeszcze bardziej pomimo sporej różnicy wieku.

– Tak, ja też za nimi tęsknię córcia. Już wkrótce ich zobaczymy. A teraz prześpij się chwilkę. – Liana oparła głowę na jego udzie i zamknęła oczy. Zaraz jednak otworzyła z powrotem.

– Znów je widzę dziadziu. Demony. Czy one nas tu nie znajdą? – W jej głosie nie było przerażenia, bo koszmary nawiedzały ją od dziecka. Choć nigdy żadnego nie widziała, ze szczegółami potrafiła opisać wygląd zewnętrzny i cechy diabelstw różnego rodzaju. Tych była cała masa i część z nich mocno się od siebie różniła. Od mniejszych plugastw biegających za czterech łapach i przypominających bardziej zmutowane psy, przez wielkie, muskularne, człekokształtne rogate diabły o ogromnej sile, aż po takie przypominające ludzi, potrafiące używać ludzkiej mowy i ubierających się jak oni. Części z nich praktycznie nie dało się odróżnić i to one były najniebezpieczniejsze. Przenikały między ludzi, pomagały akolitom budować szatańskie kulty, kusiły polityków, kupców i prostaczków, wzniecały bunty i zlecały mordy. Te przez nie cała kraina Anerfii pogrążała się w chaosie, a będące jej sercem Białe Królestwo zmierzało ku upadkowi.

– Nie córcia tu jesteśmy bezpieczni. Ten las był niegdyś siedzibą Arcydruida Arutana, jednego z Odwiecznych Strażników. Jego magia wciąż żyje w tych dębach. To dlatego nie wolno ich ścinać.

– Opowiesz mi o nich? – Liana zamknęła oczy, żeby lepiej wsłuchać się w słowa dziadka. Uwielbiała jego opowieści.

– Cóż, te prastare drzewa były tu…

– Nie dziadziu, nie o dębach. O Strażnikach. – Widziała jak nieraz chłopaki bawili się w walki bohaterów i wspominali o nich. Słyszała też, że podobno istnieli na prawdę i że większość ludzi obwiniała ich o sprowadzenie demonicznej plagi. Ale nigdy wcześniej jej to nie ciekawiło i nie pytała o nich. Stary snycerz pogładził wąsa zastawiając się od czego zacząć opowieść.

                Cóż…chociaż normalnie tego typu historie zaczynają się od słów dawno, dawno temu i chociaż faktycznie minęło wiele lat odkąd, któregoś ze Strażników widziano po raz ostatnio, to od ich upadku minęła ledwie dekada. Tak, to dłużej niż żyjesz kochanie i dość by większość ludzi straciła wiarę, że ten piękny czas pokoju może jeszcze powrócić do świata przepełnionego wojną, cierpieniem, gdzie każdego dnia przelewana jest krew, z map znikają kolejne wioski, a graniczne miasta się wyludniają. Nawet dla mnie ten czas wydaje się bardzo odległy pomimo, że gdy to wszystko się zaczęło, już można mnie było uznać za starego. Dla Odwiecznych Strażników dziesięciolecie to jednak tyle co mrugnięcie okiem, ponieważ każdy z nich był nieśmiertelny, a w zasadzie powinienem powiedzieć odporny na proces starzenia, bo Strażnika dało się zabić, chociaż było równie trudne jak podbicie całego królestwa. Tak skarbie, byli tak potężni, że niektórzy uważali ich za bogów stąpających po ziemi. Żyli od setek, a niektórzy nawet od tysięcy lat i pilnowali bezpieczeństwa wszystkich mieszkańców Anerfii. Oczywiście istot tak potężnych nie zajmowały sprawy błahe i nie interesowała polityka. Kodeks Strażnika nakazywał się trzymać na uboczu, nie wykorzystywać swojej potęgi do takich celów jak władza czy bogactwo i dbać o równowagę tego świata. Z tego powodu niektórzy uważali i dalej uważają ich za wymysł, lub tajną organizację działającą na potrzeby możnowładców. Inni stawiali im ołtarze i modlili się do nich o wsparcie ślepo wierząc w opowieści o bohaterach. Jednak Ci, którym dane było spotkać Strażnika, jednogłośnie mówili o wielkiej mocy i niezrównanej potędze. Mnie również spotkał ten zaszczyt. W tym zagajniku właśnie. Ale tę historię opowiem Ci innym razem. Faktem jest, że we wszystkich historycznych zapiskach, w których mowa o wielkich wojnach, międzyrasowych konfliktach czy przerażających potworach pojawiają się wzmianki o Odwiecznych Strażnikach przywracających porządek. Niestety wszystkie trafiły obecnie na listę ksiąg zakazanych jako heretyckie i kreujące fałszywych bogów, a dawnych bohaterów uznano za głównych winowajców sprowadzenia demonów do Anerfii. Ignorując tym samym nawet kroniki sprzed tysięcy lat opowiadające o Pierwszej Wojnie z Demonami, w trakcie której zjednoczone siły wszystkich istot tego świata pod przywództwem Odwiecznych Strażników właśnie, pokonały diabelski pomiot.

– To dlaczego Strażnicy teraz nam nie pomogą? Co się z nimi stało? Czy nie mogliby przegonić demonów jeszcze raz? – Liana nie kryła zaciekawienia, jednocześnie czując się oburzona tym, że Ci wspaniali bohaterowie, o których opowiada dziadek, nie ratują świata kiedy najbardziej tego potrzeba. Poza tym co to znaczy, że nie zajmują się błahymi sprawami? Czy to dlatego żaden z nich im dziś nie pomógł? Gdyby ona miała taką moc to na pewno ratowała by dziadków i ich wnuczki przed strasznymi wilkami!

– Tego niestety do końca nie wiemy. Krążą na ten temat różne wersje. Są zeznania rzekomych naocznych świadków, którzy widzieli jak Strażnicy otwierają diabelski portal, a później giną w jego czeluściach. Inni twierdzą, że demony przybyły same i pokonały bohaterów w walce. Jeszcze inni uważają, że moc demonów jest tak wielka, że Strażnicy widząc ją porzucili Anerfie lub nawet przyłączyli się do diabelskich władców.

– A Ty dziadziu co myślisz? – Dziadek był bardzo mądry i zawsze miał racje.

– Cóż, moim zdaniem żadna z tych wersji nie jest prawdziwa. Myślę, że ludzie zbyt łatwo zapomnieli jak długo panował pokój i jak dobrze się żyło pod opieką Odwiecznych. Nie wierzę w to by nas opuścili, ani tym bardziej przyłączyli się do wroga. Nie byli również na tyle lekkomyślni by otworzyć portal przypadkowo. Mówimy o istotach żyjących tysiąclecia. Byli także zbyt potężni by po prostu przegrać z demonami. Według zapisków poprzednia wojna trwała latami, a tym razem słuch o bohaterach zaginął zanim inwazja rozpoczęła się na dobre. Pamiętam jednak, że w czasie poprzedzającym plagę, mówiono o zdradzie i rozłamie wśród Strażników, a plotki te dziwnie szybko uciszono co tylko potwierdza, że coś było na rzeczy. Niedługo później w Białym Królestwie obwiniono ich o sprowadzenie na nas nieszczęścia, a słuch o nich zaginął. Oczywiście w karczmie i na targu wciąż usłyszysz historie o widzianych bohaterach i o nadciągającym ratunku, bądź zbliżającej się klęsce. Ale w takie bajki to nawet moja ośmioletnia wnuczka nie wierzy. – Julian znów się uśmiechnął i pogładził Lianę po włosach. – Co więc stało się z Odwiecznymi Strażnikami? Może osłabieni wewnętrznym sporem faktycznie polegli w obronie świata, a może wciąż gdzieś tam są i czekają na odpowiedni moment by zaatakować i jeszcze raz powstrzymać demoniczną plagę. Tego niestety nie wiem, ale nie powinno to zmieniać naszej pamięci o nich. A Tobie córcia jak się wydaje?

– Hmmm. Dziadziu, a co jeśli oni nam nie pomogli, bo sami potrzebują pomocy? Może teraz to my ich powinniśmy uratować? – Cała Liana, zawsze myślała o innych. – Myślę, że powinniśmy spróbować ich odszukać!

– Haha – staruszek roześmiał się głośno i szczerze. – Dobrze kochanie, od jutra zaczniemy poszukiwania. A teraz już spij. – Dziewczynka odpowiedziała mu głębokim ziewnięciem i ponownie zamknęła oczy. Zapadła cisza przerywana jedynie trzaskiem płonącego drewna i uspokajającym szumem drzew.

– Dziadziu… – wyszeptała jeszcze na wpół śpiąca wnuczka – bo miałeś mi opowiedzieć o tych Strażnikach, a w ogóle o żadnym mi nie opowiedziałeś… – Więc jej opowiedział. O potężnych czarnoksiężnikach i czarodziejach, o elfich królach i księżniczkach, o krasnoludzkich łowcach smoków i poszukiwaczach skarbów, o walecznych paladynach i przerażających zabójcach, o pięknych wróżkach i strasznych bestiach…i nim skończył Liana przeniosła się do krainy snów i tym razem nie śniły się jej demony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.