Dziennik Czarnoksiężnika #2

Dziennik Czarnoksiężnika 2
Artwork by unknown

Dadoria, 415 dzień roku Robaka – III Ery

PARAPETÓWKA – dziwne określenie. Szczególnie w wypadku wieży, która żadnych parapetów nie posiada. W każdym razie, ponad tydzień temu odwiedził nas stary dobry przyjaciel – Erradran, Książę Leśnych Elfów z Batoriel. Oczywiście jak zwykle z zamiarem, żeby się nachlać. (“Już go lubię” pomyślała połowa czytających. Druga połowa ciężko westchnęła). Gospodyni powitała naszego gościa podejrzliwym spojrzeniem, z rękami założonymi pod boki.

– Miło Cię znów widzieć Draniu[1]. – Ton jej głosu wskazywał na coś całkowicie odmiennego. – Co tam znowu kitrasz za plecami,  co? Myślisz, że ja ślepa jestem albo głupia? Znowu niesiesz nam te swoje druidowskie samogony!

– Ależ moje uszanowanie nasza najdroższa i najukochańsza gosposiu. – Książę skłonił się do samej ziemi. – Wyglądasz jak zwykle kwitnąco! – Wyszczerzył swoje równe, białe zęby i puścił jej oczko. – Powiedziałbym nawet, że piękniejsza niż kiedykolwiek. To te kąpiele w tutejszym jeziorze tak na Ciebie działają? Ponoć sama Pani Jeziora zatonęła z zazdrości. Powiedz tylko kiedy, a chętnie dołączę, nawet jeśli Twój olśniewający blask miałby pozbawić mnie wzroku.

– Marz dalej. – Zgrywała twardą, ale przez jej poważną minę przebijał się uśmiech. Umiał prawić komplementy ten nasz leśny bajerant.

– Tym razem przybywam z kwiatami. – Faktycznie wyjął zza pleców całkiem niebrzydki bukiet i teraz to ja zaczynałem się martwić (gdzie tam o gosposię, o samogony oczywiście). – Z naszego lasu. Jeśli rozrzucisz je po ogrodzie, z każdego wyrośnie setka kolejnych. – W punkt!

– Dziękuję. – Podeszła bliżej i ucałowała księcia w policzek.

– Wujcio! – Dwa roześmiane chochliki wyleciały z wieży i obskoczyły naszego gościa. – A nam co przyniosłeś? – Nie mogło zabraknąć kluczowego pytania. Erradran jednak był na to przygotowany i podarował każdemu małą procę. Chwilę później pożałował trafiony pierwszym kamykiem w tyłek.

– Ha! Masz za swoje! Ja to będę musiał znosić przez Ciebie codziennie! – Starego druha powitałem jako pierwszy wcześniej, zanim zostaliśmy namierzeni podejrzliwym okiem Pani Wieży. – Zapraszamy do środka zanim nas tu rozstrzelają. – Kamienne pociski fruwały dookoła ku uciesze umykających stworków. – Opowiadaj, co u Ciebie i co Cie do nas sprowadza?

– Zajmę się tylko kwiatami i przygotuje poczęstunek dla Waszej Wysokości. – Tym razem to Gospodyni dokuczyła elfiemu księciu, ponieważ najbardziej z wszystkiego pragnął wywinąć się od odpowiedzialności zostania królem. Ledwie zostawiła nas samych, Eraś  wyjął zza pazuchy pokaźną zieloną butelkę.

– Gog’Drash przygotował małe co nieco specjalnie na tę okazję. Niestety sam nie mógł dołączyć, bo jest ostatnio bardzo zajęty nową umową handlową na sprzedaż ziół i eliksirów. Ludzie wprowadzili jak to określił “kretyńskie przepisy”, które mają na celu ograniczyć nasze wpływy. – Widząc moje zainteresowanie, tylko machnął ręką. – Jakieś nowe podatki i cło na elfie wyroby. Nie wiem dokładnie. Wiesz, że nienawidzę tych wszystkich regulaminów, dekretów i innych gówien. W każdym razie wszyscy w Batoriel są delikatnie mówiąc wkurwieni. Z moim ojcem na czele.

– O tak, wyobrażam sobie. – Wyszczerzyłem się. – Jardan musi być zachwycony. Tym bardziej, że jego pierworodny wspiera go w ciężkich negocjacjach na temat “jakichś tam gówien”. – Roześmialiśmy się wspólnie.

– No cóż, znasz mnie. Z resztą to nie jedyne zmartwienie staruszka. Dość, że prawowity następca tronu nie jest byciem następcą kompletnie zainteresowany, to jeszcze nie ma żadnego potomka, który przedłużyłby naszą znamienitą linię rodową.

– Słyszałem że w tym względzie Twoje siostry nie próżnowały.

– Tak i każda marzy o Jelenim Tronie. Wciąż skaczą sobie do gardeł. Ale ojciec to tradycjonalista, a pech chciał, że jedyny syn sprawę sukcesji ma głęboko w dupie.

– Słodko. – Uśmiechnąłem się prowadząc Erredrana po kolejnych kondygnacjach wieży. – Matka dalej próbuje Cię wyswatać czy po tysiącach prób dała sobie spokój?

– Yyyyy, no tak właściwie to nie. Ładnie się tu urządziłeś Ci powiem. – Książę lekko się speszył.

– Hola, hola co to za podejrzana zmiana tematu? Czyżby sprawa nowej księżniczki była aktualna? Zaręczyny? – Elf się uśmiechnął i zaczął błądzić wzrokiem dookoła. – Że co, teraz? – Wyszczerzył się mocniej. – Czmychnąłeś z własnych zaręczyn? – Wzruszył tylko ramionami. – Dlaczego mnie to nie dziwi! Te kwiaty od razu były podejrzane. Chcesz tu przezimować suczy synu, aż sprawa ucichnie i kolejna księżniczka ze złamanym sercem opuści Batoriel. Esz! Co ja mam z Tobą zrobić? Mam nadzieje, że nikt nie wie, że tu jesteś, bo nie zniosę kolejnej dramy pod moimi oknami. Wieśniacy z pobliskiej wioski dostarczają mi jej dość z każdą wizytą. Ostatnio chcieli żebym ciężki poród pomógł odebrać. Ja! Czarnoksiężnik! Rozumiesz?! Mieli szczęście, że Gospodyni przejęła inicjatywę, bo już zamierzałem jednego z drugim w krowie gówno zamienić. Czy ja wyglądam jak akuszerka? O kozie sprzed dwóch tygodni już nawet nie wspominam! – Eraś śmiał się głośno jak zwykle uradowany cudzym nieszczęściem. – Dobra siadaj. – Wskazałem jeden z foteli w mojej komnacie. – Zaraz Ci wszystko opowiem. Zanim rozpieczętujemy nalewkę dziadunia, może coś na rozgrzewkę? Zaprezentowałem odzyskany kredensik wypełniony po brzegi całą gamą trunków. – Na coś ci wieśniacy się czasem przydają. To co? Za złamane serca, czy siwiejące włosy staruszka?

– O nie, nie! – zaprotestował książę rozlewając od razu “specjał” druida do drewnianych kubków. – Najpierw parapetówka – oznajmił.

– Para co? – pierwsze słyszałem takie określenie.

– No parapetówka. Trzeba wypić za pomyślność Dadorii. No wiesz w przeciwnym razie wieżę i jej mieszkańców może spotkać nieszczęście. Może się nawet zawalić. Ze starożytnymi przesądami nie ma żartów. Trzeba więc nam za to wypić i to nie jednego! – Wzniósł kielich do góry i wypiliśmy do dna. Przez gardło, aż po same palce u stóp przeszło palenie, jakby to co najmniej wrzący ołów był, a nie napitek. Sekundę później fala gorąca uderzyła twarz i powoli schodziła, aż dało się zobaczyć zielony dymek uciekający przez nozdrza i uszy. Niesamowite odprężenie przyszło natychmiast. Na bimberek Gog’Drasha zawsze można było liczyć, ale tym razem mistrz przeszedł samego siebie.

– Co Ty mi tu kit wciskasz Erasiu. Wieża stoi tu od tysiącleci, a jeśli kogokolwiek spotka tu nieszczęście, to nieproszonych gości i głupców którzy narażą się na mój gniew. – Jeszcze chyba nikt nigdy nie mówił o gniewie będąc jednocześnie tak zrelaksowanym. – Przyznaj się wymyśliłeś to na poczekaniu jako byle pretekst do picia. Pewnie na gosposie? Głupiś! Gorszej wymówki nie mogłeś wymyślić, żeby nie narazić się Pani Wieży. Naprawdę myślałeś, że to kupi?! Rozlej po jeszcze jednym!

…kilka godzin później.

– Ależ Kochanie! Oczywiście, że musieliśmy! Par.. parpetówka jest. To nie są żarty! Wieża mogłaby się zawalić czy coś. Powiedz jej Draniu.  – Niestety zgodnie z przewidywaniami argumentacja nie trafiła do Gospodyni, która kręcąc głową orzekła, że wiedziała, że tak będzie, że nie zamierza tego ani słuchać, ani oglądać, ani tym bardziej sprzątać i że jedzie do miasta z chochlikami na zakupy i nie będzie ich kilka dni. Jak się okazało była to świetna decyzja, gdyż Erradran nie umiał jednak trzymać gęby na kłódkę. Jeszcze tego samego dnia na PARAPETÓWE!!!  jak zakrzyknęli, wpadli Ollo Dwa Topory i Wallrus Młot na Trolle zwany Momo. Krasnoludzcy bracia przyjechali wozem pełnym beczek z browaru, który prowadzili. Takiego transportu nie dało się nie zauważyć, a wieści szybko się rozchodziły, więc niedługo  później nadjechał ich daleki kuzyn Gorgon Mały Dąb, a za nim cała banda mniej lub bardziej mi znanych krasnoludów z Gór Świetlistych. Następnego ranka z ratunkiem przed straszliwym kacem przybyli spóźniony Gog’Drash i kolejny stary znajomy z Batoriel – bard Sariel. Zamiast leczniczych ziół zaserwowali nam jednak “jedynego właściwego klina” w postaci kolejnych alko-wywarów i świty złożonej z pięknych elfich kobiet i bardziej egzotycznych driad. Podziałało – tym, którzy przesadzili i mieli problemy z widzeniem wzrok powracał bardzo szybko! Sariel miał dać wieczorem koncert, więc fanki i fani barda zjeżdżali się przez cały dzień. Do imprezy dołączyły nawet siostry Erradrana, księżniczki Nessa, Mileena, Akali i Majana. Na szczęście bez przyszłej-niedoszłej pani młodej, więc obyło się bez ekscesów. Tym bardziej, że siostrom na rękę była niezależność brata. Impreza była przednia. W szczegóły nie muszę się wdawać – każdy wie jak mocne balangi wyglądają; ten odpadł w przebiegach, tamten zapaskudził trawnik, Ci się pobili, tamci się godzili (“jak ja Cię kurwa szanuję!”), ktoś pokazał dupę, ktoś inny wychędożył Kaśkę. Wiadomo, standard. Ale przy takich zawodnikach, o świcie wszystkie beczki, butelki i buteleczki były już puste. Większość gości rozjechała się do domów lub dogorywała w ogrodzie i zapowiadało się, że kolejny dzień upłynie na sprzątaniu i dochodzeniu do siebie. Niestety ku cierpieniu mej wątroby (tak, czarnoksiężnik też ją posiada), niektórym wciąż było mało. Biję się w pierś – sam należałem do tej elitarnej grupy “jeszcze by co w sumie wypił”. Zaczęły się więc rozmowy “skąd wziąć” i szybko zadecydowano, że skoro w pobliżu jest wioska to musi być i trunek. Na pytanie kto załatwi dużo i szybko, wywiązała się klasyczna kłótnia wśród krasnoludów, “który ma większego”. Nie pytając w którą stronę do wioski, rozbiegli się w różnych kierunkach płosząc tutejszą zwierzynę okrzykami; “Za Młot Zagłady!”, “Na pohybel!”, “Rush B!”.

– Co za debile. – Erradran śmiejąc się wstał od stołu – Idę się przejść. Razem z Gog’Drashem w końcu mieliśmy okazję spokojnie pogadać i zapalić druidowską fajkę.

                Ledwie upłynął kwadrans z lasu wyleciał Wallrus z pokaźną baryłką pod pachą.

– Nieźle Momo – pochwalił go druid – ale jak znalazłeś to cudeńko w środku lasu? Bo nie ma mowy, że obleciałeś do miasta.

No hehe, normalnie hehe! – Momo często bywał nierozgarnięty. Choć ogólnie bardzo bystry, miewał momenty przestoju, kiedy człowiek zastanawiał się czy jakakolwiek aparatura pod łysiną jeszcze pracuje.

– A mógłbyś rozwinąć temat? – Goguś nie dawał za wygraną próbując dotrzeć do resztek świadomości krasnoluda. – Wyglądasz na zadowolonego z siebie. Chętnie się z Tobą pocieszymy.

– No pewnie! Mo zadowolony! Mo spotkał kupca i przyniósł bimberek. – Zabrał się za rozlewanie trunku do kufli.

– Tak? A ciekawe czym mu zapłaciłeś? – Ze względu na słabsze chwile brata, finansami zawsze zajmował się Ollo.

– Nie zapłaciłem hehe! Dogadaaaaliśmy się. – Rad z siebie, pociągnął z kufla do samego dnia.

– A jak się dogadaliście Momo? – dopytałem. – Powiedz nam proszę. Jesteśmy bardzo ciekawi. – Spodziewając się już odpowiedzi roześmialiśmy się wspólnie i zawtórowało nam parsknięcie dławiącego się Sariela, który właśnie się dosiadł i jak zwykle coś jadł.

– No skutecznie hehe. – Młot na Trolle rozmasował dłoń i wszyscy zarechotaliśmy jeszcze głośniej. Zanim doszliśmy do siebie zobaczyliśmy biegnącego Gorgona z wielką beczką na plecach. Przydomek Mały Dąb nie wziął się znikąd, bo faktycznie był największym i najcięższym znanym nam krasnoludem i przypominał wręcz ogra. Skrzywił minę widząc kuzyna przy stole, jednak zaraz uśmiechnął porównując zdobycz. Jak się okazało również spotkał handlarza, który pobłądził niedaleko, szukając drogi do pobliskiej wioski i ugrzązł w błocie. Za pomoc w wypchaniu wozu podarował Gorgonowi beczkę miodu pitnego.

– Eee nuda! Minus pięć punktów za opowieść. Momo wygrywa! – ogłosił Sariel i wzniósł toast ku uciesze łysego krasnoluda. Wszystkich jednak kilka godzin później pogodził Ollo. Od razu wiedziałem, że udał się w dobrym kierunku, nie sądziłem jednak, że wioska dysponuje takimi zapasami gorzałki! Dwa Topory przyjechał na wozie z Mirem i Staśkiem, którzy czym prędzej przystąpili do rozładunku. Jak się okazało dostał całkiem ładny rabat wskazując miejsce dostawy. Ukontentowany zachowaniem chłopów zaprosiłem ich do stołu i rozlałem kolejną kolejkę. Niekwestionowanym zwycięzcą wśród krasnoludów został Ollo, co skrzętnie wypominał krewniakom przez cały tydzień. No właśnie słowa klucze to “wśród krasnoludów” i “tydzień”! Ostatni bowiem zjawił się Erradran.

– Gdzie żeś tyle spacerował! Już prawie południe! – zrugałem przyjaciela. – Twoja strata, bo nie załapałeś się ani na bimberek, ani na miód pitny. Na szczęście nasz kudłaty browarnik załatwił całkiem ładny zapas gorzałki – wskazałem na trzy rzędy równo poukładanych beczułek. Książę wyszczerzył tylko zęby.

– Do wieczora powinno starczyć. Polewaj. – Nie powiedział nic więcej, aż do zmroku, kiedy musiał uświadomić mnie i Gog’Drasha, że to nie plaga żywych trupów udająca się na mroczne zgromadzenie, tylko wieśniacy z okolicznych wiosek przybywający na festyn. I nie możemy urządzić sobie konkursu strzeleckiego na magiczne pociski. I nie, kula ognia, ani zamieć nie będą podwójnie punktowane. W końcu choć mocno wstawieni i przekonani o swoich racjach, daliśmy za wygraną i pozwoliliśmy przyjacielowi wszystko wyjaśnić. Okazało się, że w okolicy jest więcej wiosek i wszystkie chętnie złożą hołd czarnoksiężnikowi, byle tylko nie zostać spalone, zalane, ani dotknięte przez inną plagę. Wpadł więc nasz drogi elf na jedyny w swoim rodzaju pomysł zrobienia festynu na cześć Dadorii. Festyn! Pod wieżą Czarnoksiężnika! Będą ze mnie kpić do końca życia…ale pokręciłem jedynie głową, uściskałem starego druha i pozwoliłem ponieść się zabawie. Festyn – PARAPETÓWA trwał kolejny tydzień. W międzyczasie wróciła Gospodyni z dwoma wozami zakupów, w tym jednym pełnym tych wyskokowych i chętnie dołączyła do imprezy. Złota kobieta. Chochliki co wieczór urządzały pokaz sztucznych ogni, a w dzień zamieniały się w małych snajperów doskonaląc umiejętności strzelania z procy. Natomiast za wieżę wypito tyle razy, że będzie stała całą wieczność i o jeden dzień dłużej.

[1] Naturalne zdrobnienie od imienia Erradran – idealnie oddające naturę naszego gościa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.