Dziennik Czarnoksiężnika #1

Dziennik Czarnoksiężnika
Artwork by unknown

Dadoria, 401 dzień roku Robaka – III Ery

                Dzięki pomocy Gospodyni w końcu udało się z grubsza ogarnąć bałagan panujący w wieży. W zasadzie to bardzo z grubsza, ponieważ dalej większość rzeczy była niepoukładana i nieuporządkowana, ale przynajmniej udało się zwalczyć wszechobecny syf, smród i robactwo, a także przepędzić gryzonie. Wyjątkiem był Tofik – mały, śmierdzący szczur, na którego uparły się chochliki. Zgodziłem się z zastrzeżeniem, że jak będzie mi się kręcił po bibliotece lub prywatnej komnacie to upiekę i każe zjeść na kolację. A właśnie, biblioteka. Absolutny zakaz wstępu dla każdego poza mną. Nawet dla gosposi. Nie można pozwolić, żeby zrobiła tam porządek. Większość cennych zapisków uzna za zbędne bazgroły, a księgi poukłada w taki sposób, że połowę będzie można równie dobrze uznać za zaginione! Dlatego wprowadzenie czystości i harmonii do tego świętego miejsca należy do mnie… i taaak z tego samego powodu jest to dalej najbardziej zapuszczona część Dadorii. Nawet lochy po wizycie Pani Wieży – jak lubię z niej czasem żartować – są w znacznie lepszym stanie i w pełnej gotowości by przyjąć pierwszych nieproszonych gości. Sprzątanie nie jest zajęciem odpowiednim dla czarnoksiężnika, dlatego dziś również bardzo szybko się owym sprzątaniem znudziłem i zmęczyłem. Właśnie miałem zacząć rozpisywać o tym, jak delektuję się wypoczynkiem w moim bardzo wygodnym fotelu i o jakich ważnych sprawach życia i śmierci kontempluję, popijając nektar z Ambrozji, ale ktoś napier przepełniony pasją do tej czynności wali w drzwi jak wściekły niedźwiedź w okresie rui do gawry swej wybranki!

                Bogowie zlitujcie się nad nami! Tylko nie to! Znaleźli nas. Najgorszy przeciwnik jakiego można sobie wyobrazić – wieśniacy z pobliskiej wioski. Bezwzględna szarańcza pożerająca czas i wysysająca resztki sił witalnych z każdej obdarzonej jakimkolwiek talentem magicznym istoty. Pech chciał, że lata temu pod moją nieobecność założyli w pobliżu “miasteczko” – jak zuchwale określili ten zlepek walających się chat – ponieważ w tutejszym lesie przestało straszyć, a jeziora i rzeki nieopodal nie nawiedza już Pani Jeziora i jej syreny. Taaa ciekawe czemu? W każdym razie teraz ten piękny i rozległy teren nie jest już całkowicie bezludny, zabezpieczenia nie wytrzymały próby czasu, a ja nie zdążyłem podjąć odpowiednich kroków by bezwzględnie i stanowczo przywrócić stan pierwotny. Dziwicie się dlaczego wszechpotężny czarnoksiężnik obawia się grupki  rozdartych prostaków z widłami, którą mógłby zmieść pstryknięciem palców? Niech więc opis naszego krótkiego spotkania sprzed kilku minut, które całkowicie zepsuło mój wypoczynek, posłuży jako wyjaśnienie.

                Przeklęty niech będzie osobnik, który uderza wielką i ciężką kołatką we wrota jakby grał na bębenku. – Cisza! – Komenda odpowiednio wzmocniona zaklęciem była słyszana przed wejściem, jakby to sama wieża przemówiła. Pukanie momentalnie ustało. Mam tylko nadzieje, że żaden tam mi nie zejdzie na zawał, ani nie zapaskudzi posadzki. Oczywiście otworzyć musiałem osobiście – żaden szanujący się czarnoksiężnik nie może dopuścić, by gości witała gosposia, chochliki czy inne dziwadła. To nie karczma, ani laboratorium szalonego naukowca, tylko Wieża Czarnoksiężnika! W swoim czasie sprawimy sobie wykwalifikowanego lokaja, ale póki co muszę samodzielnie znosić trudy przyjmowania wszelakich audiencji. Kilkutonowe wrota otworzyły się łoskotem, a przerażeni chłopi odskoczyli do tyłu unikając zmiażdżenia. Jeden z nich nie utrzymał równowagi i fikołkując do tyłu prawie spadł ze schodów. Nienawistne spojrzenie Gospodyni wwiercało mi się w plecy. Co gorsza w oknie z wywieszonymi jęzorami siedziały już dwa ciekawskie małe impy i Tofik. Niech to szlag.

– P-p-panie! – Chłopi padli na kolana, skłaniając głowy do samej posadzki. Ten fikołkujący o mało nie wybił sobie przy tym zębów o stopień. Było ich tylko dwóch. Innym pewnie nie starczyło odwagi. Ci też na ochotników nie wyglądali. – Panie – kontynuował ten odrobinę bardziej rozgarnięty – chcieliśmy Cię serdecznie powitać.

– No to witajcie – omiotłem ich pełnym dezaprobaty spojrzeniem – słucham. – Mężczyźni spojrzeli po sobie po czym zaczęli energicznie skłaniać karki, a “Fikołek”, jak został już mimowolnie nazwany w moich myślach, nabił sobie przy tym kilka guzów na czole. Tronie[1], widzisz i nie grzmisz.

– Witamy, witamy! – Jeszcze kila energicznych machnięć głowami. – Oczekiwaliśmy Twego przybycia o Wielki. Zostało ono przepowiedziane przez naszą wieszczkę. – Oho, zaczyna się robić ciekawie. Oczami wyobraźni już widziałem jak to musiało wyglądać. “Chłopi: Wieża wygląda na opuszczoną. Pewnie jest w niej cała masa cennych rzeczy. Może nawet ukryte skarby. O tak, skarby! Wieszczka: Miejsce nosi znamiona magii, nie zbliżajcie się do niego, bo jak czarownik powróci to Wam nogi z dupy powyrywa,  albo każe zjeść własne przyrodzenie i nieszczęście na wioskę sprowadzicie.” No i oto jestem. Cały na czarno. To by zresztą tłumaczyło czemu szabrownicy nie zabrali większości ksiąg – ciemna gawiedź nie znała ich wartości.

– Wystarczy. – Jeszcze chwila i Fikołek skręciłby sobie kark od tych ukłonów. – Zapewne chcielibyście również przeprosić za wcześniejsze wtargnięcie na mój teren i zszabrowanie komnat wieży do cna. – Utkwiłem spojrzenie w tym który mówił. Chłopina od razu padł na twarz, a po kilku sekundach Fikołek podążył za nim naśladując każdy ruch.

– Panie to nie my! Klnę się na Pana Światła to nie my!

– I wielka szkatuła pełna cennych kamieni – w życiu bym takiej nie zostawił niepilnowanej w wieży , a już na pewno nie tak, by byle rzezimieszek mógł ją znaleźć – to też nie Wasza sprawka?! Nawet kredensik ze złotymi okuciami żeście wynieśli przeklęte szumowiny! – On akurat był prawdziwy.

– Panie wybacz! Błagam! My proste ludzie jesteśmy. Żadnego kredensika my nie widzieli. – Ha! Więc jednak byli w wieży.

– Dosyć. – Nie musiałem podnosić głosu, strach paraliżował już obydwu.  – Jak Cie zwą?

– Jestem Miro Panie. A to mój syn Staśko. – Teraz przyjrzałem się uważniej tej dwójce. Faktycznie podobni. Obskurnie ubrani w znoszone wysokie buty, bawełniane spodnie i koszule oraz skórzane kamizelki. Starszy z mężczyzn był krępy i średniego wzrostu. Kręcone, czarne, siwiejące już włosy opadały mu na czoło, a gęsta długa broda i wąsy w tym samym kolorze  przysłaniały większość twarzy. Staśko był znacznie wyższy od ojca i dobrze zbudowany. Słomiane proste włosy, które zapewne odziedziczył po matce miał ścięte na grzybka, a pod nosem nosił młodzieńczy wąsik. Mimo tych różnic kwadratowa szczęka, wydatny prosty nos i głęboko osadzone duże oczy zdradzały więzy krwi między nimi.

– Słuchaj Miro. Przekażesz wójtowi, sołtysowi, karczmarzowi, czy kto tam rządzi w tej waszej wiosce, wiadomość ode mnie.

– Burmistrz Panie.

– Słucham?

– Naszym miasteczkiem zarządza burmistrz. – Chłopina wpatrywał się we własne stopy wyraźnie zestresowany tym, że musi mnie poprawić. Ha, no tak! Zapomniałem, że tą zabitą dechami dziurę okrzyknęli miasteczkiem, więc musi być i burmistrz. Jegomość z pewnością jest to zacny i odpowiedni na swoje stanowisko, ale o tym wcześniej czy później przyjdzie mi się przekonać.

– Niech więc ów burmistrz słucha uważnie. W ciągu tygodnia chcę widzieć wszystkie utracone rzeczy z powrotem w wieży. – Miro zamierzał zaprotestować, ale otwartą dłonią dałem mu znak, żeby nie przerywał. – Braki macie zrekompensować po dwakroć, jeśli nie gotówką, to w sposób, który uznacie za stosowny. Od razu zaznaczam, że powody tych braków mnie nie interesują. I pamiętajcie, że łatwo mnie urazić. – Uśmiechnąłem się do siebie. Taka uwaga zapewni co najmniej trzykrotną rekompensatę. W końcu lepiej nie drażnić czarnoksiężnika. – Oto lista. – Pstryknąłem palcami. Mężczyźni popatrzyli po sobie. – W Twojej głowie Miro. Umiesz wyrecytować całą masę rzeczy, wraz ze szczegółami, prawda? – Zaskoczony chłop wytrzeszczył oczy i lekko podskoczył.

– Ja Cię kręcę! Uhyhyhy! Panie to niesamowite! Piękny ten pański kredensik! Widzę go jakoby żywego! – Uradowany Staśko również zaczął podskakiwać i klaskać chociaż nie bardzo chyba sam wiedział dlaczego, bo na niego zaklęcia nie rzuciłem.

– Macie tydzień. – Przypomniałem już żałując, że nie dałem im więcej czasu, co by mieć więcej spokoju, ale z drugiej strony trzeba było zachować jakieś resztki podłej reputacji. Obróciłem się uznając audiencję za zakończoną. Cyrku na jeden dzień i tak już było wystarczająco. Czas w końcu odpocząć.

– Tatku! Ofiara! – Fikołek ni to szepnął, ni krzyknął.

– A tak. Panie czekajcie! – Niestety musiałem zatrzymać się w pół kroku. Wiedziałem, że coś za gładko to poszło. Zwróciłem się w stronę chłopów – Staśko już pędził z powrotem po schodach, niosąc coś w rękach.

– Co to kurwa jest!? – Nie chciałem być niemiły, ale samo mi się “wymsknęło”. Wieśniakom uśmiechy momentalnie zeszły z twarzy, widząc że nie podzielam ich optymizmu.

–  To Kaśka Panie. Jest Twoja.  – Odpowiedział tym razem Staśko i wyprostował ręce, żeby podać mi kozę. TAK! KOZĘ!! Skrzywiłem się.

– I co ja Twoim zdaniem Stasieńku mam z tą kozą zrobić, co? – Założyłem ręce na znak, że żadnej kozy do rąk brać nie zamierzam, bo do naszego bystrego chłopca to nie docierało.

– Nooo, co tam tylko chcecie Panie, Kaśka należy teraz do Was. – Widząc, że jestem nieporuszony kontynuował.  – Yyyyy pyszne mleczko daje, serek też można zrobić, albo jak najdzie ochota, to… no… tego yyyy… – młodzik się zarumienił i wolałem nawet nie wiedzieć do czego zmierza.

– Czy widziałeś kiedyś czarnoksiężnika, który pasie i doi kozy? Zabierać mi to stąd! – machnąłem ręką.

– Panie błagamy! – Miro rzucił mi się do stóp. – Nieprzyjęta przez czarownika ofiara to pech dla całej wioski! Wieszczka mówiła. Obedrą nas ze skóry żywcem, albo na pal nabiją.

– Nie jestem czarownikiem – zaznaczyłem.

– Łaski Panie! – Chłop był gotów prosić całą wieczność. Wiedziałem, że będą problemy. Przeklęci wieśniacy i ich przesądy!

– No już dobra! Tylko mi tu nie łkaj! Dawaj tę kozę. Może nada się do alchemicznych eksperymentów, a jak nie to na ruszt pójdzie. A teraz poszli mi stąd zanim zdanie zmienię i do lochu wtrącę!

[1] Bóg burz, sztormów i pan piorunów – prywatnie nieodpowiedzialny kobieciarz i alkoholik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.